sobota, 15 listopada 2014

My Breath - Rozdzial XII

Dobry! Jestem dzisiaj w wyśmienitym humorze, bo (dam dam dam daaaam) nareszcie start z głównym wątkiem. Znaczy się... w następnym rozdziale, bo dzisiaj tylko zalążek, ale i tak!~ Aż zdań poprawnie zbudować nie umiem. Ostatnio miałam okropnego lenia i nie mogłam się zmotywować do pisania, ale na szczęście piszę te rozdziały z wyprzedzeniem (w wordzie mam już chyba 20, a w głowie 50 :P). Mam nadzieję, że wam się spodoba! Gorąco zapraszam do czytania, komentowania i hejtowania!

MY BREATH

ROZDZIAŁ XII

(ALLYSS)

- Emm…- mruczę pod nosem.

Co on tu, do jasnej Anielki robi? Ja wpadłam tu przez przypadek, ale nie wydaje mi się, żeby ktoś taki jak Shuu po prostu postanowił szukać dziury w żywopłocie… To pewnie tutaj chował się przez ten cały czas kiedy go szukałam. To przecież całkiem normalne miejsce spotkań! Czuję jak wyrzuty sumienia dają mi w twarz. On przecież nie ma tutaj żadnych znajomych, ani przyjaciół, bo każdy się go boi. Musi być naprawdę samotny.

Ale skoro ja też się tu znalazłam, to mogę z całą pewnością stwierdzić, że los robi sobie ze mnie jaja. W sumie na jedno wychodzi. Raz kozie śmierć.

- Przepraszam! - opuszczam głowę, zamykając z całej siły oczy, to było skrajnie bezmyślne!

- Aha… - obdarowuje mnie przelotnym spojrzeniem i wraca do czytania książki, którą tu ze sobą przyniósł.

Zagryzam wargę, zaciskając dłonie w pięści. Nawet nie wiesz za co cię przepraszam, ciulu! Chociaż z drugiej strony, ja też za bardzo nie wiem. Według pierwotnego zamysłu, miałam wyrecytować regułkę, znieść wszystkie wredne komentarze i się zwinąć, ale masz ci los, przypomnieć sobie przemowy nie mogę. No to lecimy spontanem...

- Przepraszam cię, że zostałeś zmuszony do współpracy ze mną na misjach! Naprawdę mi przykro, ale nie jestem w stanie dotrzymać ci kroku. Będę dla ciebie tylko utrapieniem i możesz mnie nienawidzić, ale wybacz mi, proszę! - wymawiam niewyraźnie z prędkością światła, na dodatek kilkukrotnie wykonując przy tym sztywny, pokorny ukłon.

Jeśli zrozumiał cokolwiek z mojej wypowiedzi, to chyba nie jest tym zbytnio zaskoczony. Patrzy się na mnie z… ciekawością? Nie… on patrzy się na mnie po prostu jak na idiotkę. W sumie nie dziwię się mu. Czytasz sobie spokojnie książkę, a tu nagle jakaś dziewczyna wychodzi z żywopłotu i zaczyna coś z przejęciem bełkotać.

- Mówiłem ci kiedyś, że cię nienawidzę? - pyta kompletnie zwyczajnym tonem.

- Ym… nie… - spoglądam na niego, trochę zbita z tropu.

- No właśnie. - wypowiada powoli jak do dziecka.

Zatyka mnie. Nic się nie stało. Nie jest zły, po prostu mu to w i s i. A potem będzie ratowanie Allyss, bo się w szafie zamknęła, albo pistolet na wodę jej się zaciął. Już wolałabym, żeby nawrzeszczał na mnie teraz i uważał na przyszłość, niż żeby w praniu wyszło jaką pierdołą jestem.

Shuu wraca do książki na powrót zamieniając się w kamienny, bezduszny, przepiękny posąg greckiego boga. Mogłabym się w niego wpatrywać cały czas. Na kruczoczarne włosy, na których błyszczą pojedyncze kropelki deszczu. Na złote oczy z uwagą lustrujące strony starej. grubej książki, tak jakby robił to całą duszą. Na sine usta wypowiadające niesłyszalne dla mnie słowa. Dopiero po kilku chwilach zdaję sobie sprawę, że są kierowane do mnie.

- Ile jeszcze czasu masz zamiar tak tam stać? - powtarza oschle.

Chłód. Zimno jakiego nie doświadczyłam nawet w najsurowszą zimę. Ostre kawałki odłamków lodu ranią moją skórę, sprowadzając mnie na ziemię.

Boli.

Odbiera mi mowę.

Nawet nie zauważyłam kiedy przestało padać.

Robię kilka kroków do tyłu, zastanawiając się co sensownego mogłabym w tej chwili powiedzieć, ale nic nie przychodzi mi do głowy.

- To… do... zobaczenia… - mówię ledwo słyszalnie.

Mruczy coś na odczepne nie zwracając na mnie większej uwagi. Wycofuję się i przechodzę przez domniemaną dziurę w płocie z powrotem do reszty świata. Chcę się stąd wydostać jak najszybciej, więc biegnę. Wracam do pokoju cała mokra, lecz otwierając drzwi dobiega mnie przenikliwy dźwięk szarpanych strun gitary. Wchodzę w głąb pokoju i widzę trzymającą instrument w ręku, Hankę.

Czekam aż skończy, wsłuchując się w charakterystyczne dla nowych, trochę za mocno nastrojonych strun gitary. W połowie melodii jednak niespodziewanie kończy, odkładając gitarę jak śmiecia na łóżku.

- H-Hej! Czemu przerwałaś? Tak ładnie ci szło.

Dziewczyna dopiero teraz mnie zauważa, automatycznie się uśmiechając.

- Cześć! Chodzi o gitarę? Aaa, znudziła mi się, nic więcej nie mogę na niej zagrać.

- Co? Jak to?

- No bo większości piosenek moich ulubionych zespołów nie da się zagrać na gitarze klasycznej.. Potrzebna by mi była elektryczna, albo perkusja…

Jestem zaskoczona, a nawet też lekko zdenerwowana. Hana dostała na urodziny gitarę, której nie będzie używać, a ktoś taki jaki ja odkładał na ten przecudny instrument przez kilka lat, a i tak stać mnie było na tani, używany egzemplarz. Głupio mi się przyznać, ale jestem zazdrosna.

- Ach, w takim razie… będziesz pewnie zbierać na inny instrument, co nie?

- Po co? Moi rodzice mają sieć sklepów muzycznych. Wystarczy, że wyślę im list z zamówieniem.

Jak to własny sklep muzyczny? Może w ogóle, własna sieć kosmetyków, albo linie lotnicze. Jak się bawić to się bawić, nie?

- Rany... A tak właściwie, to jakich zespołów słuchasz, skoro potrzebna ci gitara elektryczna?

- Hmn… Najczęściej to Kurai Hikari, mają genialnego perkusistę! Ojciec załatwił mi z nim lekcje.

- Totalnie! Ich wokalista Josuke Hanari ma genialny głos! Wiedziałaś, że sami piszą teksty?

Bogaci to mają świetne życie. Yasei no Uma to obecnie jeden z najpopularniejszych zespołów, a ta szczęściara będzie miała lekcje z najlepszym perkusistą pod słońcem.. To tak jak spełnienie marzeń, niemożliwe dla takich ludzi jak ja.

Wypytuję się jej o przeróżne rzeczy dotyczące tego zespołu, a Hana odpowiada mi wszystko z takimi dokładnymi szczegółami, jakby mieszkała razem z nimi. Obiecuje mi też, że gdy ją odwiedzę w jej domu, załatwi mi spotkanie z nimi.

Tak… Jeśli ją odwiedzę…

Mieszkam w drugiej, tej średnio bogatej strefie, poświęconej rodzinom zwykłych pracowników, lub właścicieli jakichś małych przedsiębiorstw. Podczas gdy w pierwszej mieszkają zamożni właściciele ogromnych firm i wysoko ustawieni politycy z zapewnioną dostatkiem przyszłością, do trzeciej upchano bezrobotną i najuboższą część społeczeństwa. Prawo zakazuje obywatelom z niższych stref przechodzić do tych wyższych, a jeśli nawet, odbywa się to za specjalnym pozwoleniem. Jedynym wyjściem, jest uzyskanie karty gościa, którą mogą podarować ci z góry. Jednak potrzeba sporo zachodu, żeby coś takiego zrobić.

W pewnym momencie do pokoju wchodzi Yusuko, która nie szczędzi sobie nabijania się z tego, że musiałam zostać po lekcjach.

- A ja myślałam, że Allyss to taki nasz aniołek, a tu proszę…- czochra mi włosy zaczepnie.

Robię minę typu ‘’ Ja? Niegrzeczna? Niemożliwe!’’ i siadam opierając się plecami o ramę łóżka. Dzisiaj odwaliłam kawał dobrej roboty i patrzcie! Jestem nadal w jednym kawałku. Co prawda w lekkim szoku, ale przynajmniej cała.

- Tak właściwie, to co chcieliście z nami obgadać?- miała mi w końcu o czymś powiedzieć.

- A no tak! A więc… Dam dam dam daaaam - robi teatralną przerwę - jutro zabieramy się z całą ekipą!

Myśląc o ekipie, Yusuko ma pewnie na myśli Hankę, mnie, Reiko, Hiroshiego, bliźniaków i obowiązkowo Shino, do którego zdaje mi się, czuje coś więcej, ale cii… to sekret. Może wyciągnie też Akirę, lub jakąś dziewczynę z klasy. Na pewno będziemy się świetnie bawić!

- Uuu, to super, a gdzie idziemy?

- Yyy… No tego… dokładnie nie przemyśleliśmy, ale myślimy żeby…

Słyszymy trzask drzwi uderzanych o ścianę naszego pokoju. Zza rogu wybiega zdyszany Hiroshi. Kogo innego się spodziewałam? Hana już podwija rękawy, by po raz kolejny przedstawić mu podstawy kultury osobistej i prywatności, lecz uniesiona w górze dłoń chłopaka skutecznie ją powstrzymuje. Hiroshi dyszy zbierając oddech, żeby przekazać nam widocznie ważną informacje.

- Pożar… Wybuchł… pożar…

wtorek, 11 listopada 2014

My Breath - Rozdzial XI


Witam, po dłuższej przerwie :D Już 11 rozdział, a fabuła nawet jeszcze nie idzie w dobrym kierunku. Jak tak dalej pójdzie to szybciej wyjdę za mąż niż skończę My Breath'a :P (dop. kor.: kto by cię chciał '3') Dzisiejszy, przepełniony ironią i wymyślonymi przeze mnie słowami rozdział w sumie nic nie wnosi, lecz jest początkiem czegoś bardzo ważnego. Postaram się dodać kolejny już w piątek, by nie zanudzić was na śmierć. Proszę o krytykę i hejty, gdyż chcę poprawić swój styl pisania, a uda mi się to tylko dzięki wam i waszych opiniach! Pozdrawiam i życzę miłego czytania :3

PS. Koniecznie zajrzyjcie w nową zakładkę na stronie pod tytułem ''Postacie (Real)''!


MY BREATH

ROZDZIAŁ XI

(ALLYSS)


Przez to całe zamieszanie z urodzinami Hanki, kompletnie zapomniałam o swoim ambitnym planie wyjaśnienia wszystkiego Shuu. Jak tak dalej pójdzie to zaczniemy już pierwszą misję, a ja nie będę potrafiła spojrzeć mu w oczy. Wolałabym go serio ostrzec o niebezpieczeństwie płynącym z mojej nieskoordynowanej osoby…

Mam nadzieję, że dzisiaj mi się to uda. W końcu jest piątek! W weekend nie robią nam treningów! A co się z tym wiąże, będę mogła go w spokoju poszukać. Rany, już od kilku dni obiecuję sobie, że do niego podejdę, a nie było jeszcze do tego żadnej okazji. Głupio mi się przyznać, ale jak nigdy naprawdę boję się do niego zagadać. Nie żeby miał mnie zbić czy coś, ale tak jakoś mi instynkt podpowiada, żeby się do niego nie zbliżać.

Zwykle nie słucham się instynktu…

W sali gimnastycznej jest jak zwykle ciepło i duszno. Okna są otwierane zwykle dopiero z naszym przyjściem, więc później można już spokojnie oddychać. Światła zostają zapalone, a w sali robi się przyjemnie jasno, choć na dworze panuje półmrok. Niebo jest granatowe, a ciemne chmury od rana zagęszczają się nad naszą szkołą. Zbiera się na deszcz i to dość spory. Bardzo lubię kiedy na dworze pada jak z cebra, a ja siedzę sobie w ciepłym pokoju popijając herbatę. Tylko, że dzisiaj nie mam ani pokoju, ani herbaty i muszę robić okrążenia wokół sali. Dobrze, że przynajmniej trenerka odpuściła nam bieganie na dworze. Na początku zajęć następuje szybki przydział i moim partnerem na dzisiejszy trening jest Hiroshi. Przynajmniej, będzie ciekawie…

Do znudzenia trenujemy wszystkie ciosy, kopnięcia i dźwignie. Naprawdę nie rozumiem, po co robimy to tak często i czemu kładą na to taki nacisk. Jeśli miałabym użyć tego kiedykolwiek w praktyce to musiałabym natrafić na wyjątkowo wątłego przeciwnika lub worek na ziemniaki. A i tak wynik tego starcia nie byłby pewny… Worki z ziemniakami wcale nie są takie głupie. Tylko czekają aż potkniesz się na schodach, by móc cię ukamienować (tudzież zaziemniakować) na śmierć.

A więc, zakładając moją niesamowicie zaawansowaną dźwignię, skupiam całą swoją uwagę na ruchach, jakie wykonuję. Krok za nogę przeciwnika, ręka przy szyi, nogą popycham do przodu, ręką do tyłu, kładę większy nacisk, bo ta kupa mięśni za cholerę nie chce się ruszyć, wydaję bitewny okrzyk, potykam się o własne nogi, wykonuję wątpliwie zgrabny obrót i próbuję zachować równowagę odchodząc na kilka kroków od Hiroshiego. Wyraz jego miny jest naprawdę rozbrajający…

- Rany boskie, Allyss…

Chłopak łapie się za brzuch chichrając się jak nienormalny. Zdaję sobie sprawę, jak komicznie musiałam wyglądać. Zresztą pewnie nie lepiej niż zwykle.

Spróbować nie roześmiać się przy Hiroshim naprawdę graniczy z cudem. No po prostu się nie da. Nawet po dostaniu po głowie od trenerki, nie możemy przestać rechotać. Dostaje nam się tak podczas treningu już sześć razy, za każdym razem za to samo. Co ja poradzę? Hiroshi śmieje się ze mnie, a ja się śmieje z tego jak on się śmieje. Logiczne… Trenerka, mimo, że chwilami też chichocze pod nosem z naszej głupoty, w końcu traci cierpliwość i łagodnie oświadcza nam, że zostajemy po treningu na dodatkowe kółka.

Dzięki Hiroshi…

Przez resztę treningu staramy zachowywać się jak przystało na żołnierzy, ale chyba coś nam nie wychodzi. Co tam, już i tak mamy dodatkowe kółka, gorzej być nie może. W każdym razie, po wyczerpującym treningu siadamy na drewnianym parapecie (który robi też jako grzejnik) czekając na karę. Trenerka (oprócz tego, że obdarowuje nas jeszcze jednym kuksańcem w głowę) każe nam biegać trzydzieści okrążeń. Na dworze. Z pewną wątpliwością spoglądam przez okno na niekoniecznie przyjemne warunki pogodowe. Chwytam szybko swoją bluzę i razem z Hiroshim wychodzimy na dwór. Przynajmniej nie pada.

Nie biegaliśmy tyle od pierwszego dnia treningu i wiem, że moja kondycja zawodziła tak mniej więcej po dziesiątym okrążeniu, przez następne dziesięć bolały mnie nogi, a ostatnie ledwo przebiegałam z kolką. Nie biorąc pod uwagi nieprzewidzianego zadania dodatkowego oczywiście... Teraz jest inaczej. Może nie jestem jeszcze zaawansowanym maratończykiem, ale jakiekolwiek zmęczenie odczuwam dopiero przy dwudziestym okrążeniu. Jednak trening robi swoje! Nie licząc także tego, że biegam spokojnym truchtem, który dla Hiroshiego zdaje się być jedynie szybkim chodem. Mam nadzieję, że nie wrócę w poniedziałek kompletnie tracąc formę.

Jednak trzydzieści okrążeń to nadal jak dla mnie za dużo. Ledwo oddycham, zlana potem i z bolącymi nogami wracam do szatni, żegnając się z Hiroshim, który mówi, że musi załatwić coś z Yus i mam do nich przyjść jak tylko wrócę. Znowu coś kombinują koczkodany jedne!

Wychodzę na zewnątrz i kieruję się do akademików. Dzisiaj muszę załatwić tą sprawę z Shuu. Nie mam pojęcia czemu się tak na to uparłam, ale chcę to zrobić i zrobię to. Tylko co ja m powiem? "Hej, jestem Allyss, pamiętasz mnie? Uratowałeś mnie przed jakimś łysolem!"... Nie, nie ma sensu wracać do tamtego wydarzenia.  "Cześć, pewnie mnie kojarzysz, jestem Allyss, jesteśmy razem w drużynie i chciałam ci powiedzieć, że robię za minus pół osoby!"... Tak, z takim podejściem, na pewno mnie zaakceptuje… Czuję na na głowie pojedyncze krople wody. Spoglądam w zachmurzone niebo zdając sobie sprawę, że pogoda raczej nie jest mi przychylna.

Kropienie szybko przeradza się w deszcz i to wcale nie lekki kapuśniak, leje jak cholera! Przed chwilą ćwiczyłam i jeśli zostanę na tym deszczu to się przeziębię. A przeziębienie u Iwahary jest wyjątkowo paskudne. Cholera!

Jestem już za torami tramwajowymi, a w pobliżu nie ma się gdzie chować. Akademiki są jeszcze daleko. Zastanawiam się czy nie spróbować podbiegnąć, ale tak sobie myślę, że ulewa dopiero się rozkręca, a znając życie nie dobiegnę tam bez żadnej wywrotki czy potknięcia. Muszę znaleźć coś innego…

Drzewo!

Biegnę z wszystkich pozostałych mi sił pod, wydaje mi się, gęste drzewo, jednak przez chwilę zastanawiam się gdzie podział się jego pień… Jedna z szerokich, masywnych gałęzi po prostu wystaje z żywopłotu. Za nim jest las, więc drzewo pewnie zakorzeniło się na murem. Przynajmniej nie zmoknę jeszcze bardziej. Trzęsę się z zimna, a mimo, że nie wyszłam w najgorszy deszcz, to i tak jestem cała przemoczona. Postanawiam przeczekać tutaj ulewę i następną rzeczą, którą kupię, będzie parasolka. Opieram się o mur, a raczej o cienki żywopłot, który rośnie przed nim, jednak napieram już w miarę mocno, a ściany dalej nie wi….

Ślizgam się na mokrej trawie, przechodząc, a raczej przewalając się przez żywopłot. Okazuje się, że muru wcale tam nie ma i nigdy nie było. Ląduję plecami na ziemi z dolną połową tułowia po jednej stronie, a z górną na tej dziwnej łączce. Kto normalny robi jakieś ukryte przejście w szkole?! Czołgając się, turlając i przedzierając przez żywopłot, jakimś cudem, udaje mi się przedostać na drugą stronę w całości. To tutaj znajduje się pień tego drzewa i… Staję jak wryta. Ktoś pod nim siedzi…

Nie zwykły ktoś, a jeden z ktosiów, których nie chciałabym tutaj spotkać. Inaczej. Miałam plan, by do niego iść, ale coś sobie jednak myślę, że nie jestem takim kozakiem za jakiego się uważałam.

Złote tęczówki spoglądają na mnie z wątpliwą życzliwością, by chwilę później powrócić do swojego zwykłego, znudzonego wyrazu.

- Jesteś zbyt głośna.

wtorek, 4 listopada 2014

My Breath - Rozdzial X

Dzień dobry! Dzisiaj taki luźniejszy, specjalnie nie wnoszący nic do fabuły rozdział. Miałam potrzebę napisania o urodzinach Hanki, gdyż, ponieważ, że Hana (nasza kochana korektorka) rzeczywiście obchodzi w tym dniu urodziny! (dop. kor.: (*≧▽≦)) Prezent specyficzny, aczkolwiek oryginalny (nie licząc rozdziału yaoica, który był chyba najbardziej powalonym pomysłem na jaki wpadłam. Urodziny? Homosie! Czemu by nie? W każdym razie, (z dwumiesięcznym opóźnieniem) wszystkiego najlepszego! (dop. kor.: dziękuję QwQ)

MY BREATH

ROZDZIAŁ X

(ALLYSS)


Patrzę na nią jak na przygłupa. Zapomnieć o swoich własnych urodzinach? Serio? Dla mnie to w końcu najbardziej wyczekiwana data w roku! Jak można zapomnieć o czymś takim?!

- Urodziny? Mogłaś nam wcześniej powiedzieć, przygotowałybyśmy coś! No, ale wszystkiego najlepszego! - podchodzę do Hany, przytulając ją i lekko podduszając za szyję.

Muszę skombinować dla niej jakiś prezent! Głupio tak bez niczego, chociaż nie wiem czy cokolwiek jest w stanie przyćmić te wszystkie paczki... nie mam teraz zbytnio czasu, ani środków! Rajciu, co ja teraz zrobię?! Muszę szybko polecieć do miasteczka!

- Dziękuję, na śmierć zapomniałam! Te prezenty to pewnie od moich rodziców. Pomożesz mi je rozpakować? - pyta, a ja nie mam siły jej odmówić. W końcu nie odmawia się jubilatce.

Przecinam nożyczkami biały papier, jednego z największych pudeł, które stało z boku. Przez chwilę wstrzymuję oddech. To co tam się znajduje, przekracza moje najśmielsze wyobrażenia o świecie za murami 2 strefy. No bo kto normalny wysyła pocztą skuter?! Poza tym na cholerę jej skuter?! Do kibla będzie na nim jeździć?

Biało - niebieska maszyna wyjątkowo przypada dziewczynie do gustu. Ledwo ją powstrzymuję, żeby nie wypróbowywała jej w pokoju. W reszcie pudeł znajdują się perfumy, książki oraz niezliczone ilości słodyczy, a także cała masa bukietów z kwiatami. Co dziwne, Hana nie wydaje się być tym ani trochę poruszona, nawet nie czyta listu, który wysłali jej rodzice. Z fascynacją oddaje się analizie skutera i pochłanianiu słodyczy. Uśmiecham się smutno. Może nie zbyt im się układa między sobą? Nie chcę wchodzić w jej życie z butami, więc staram się nie wypytywać nachalnie o jej rodzinę.

Prezent…

- Hana, muszę szybko iść coś załatwić, nie obrazisz się, jak na chwilę cię zostawię?

- Nie ma sprawy, tylko wróć szybko, to porozdzielamy słodycze! - posyła mi beztroski uśmiech.

Wybiegam z pokoju, tym razem uważnie patrząc pod nogi i energicznie pukam do drzwi dziewczyn. Otwiera mi Yus, która najwidoczniej przygotowywała się do wzięcia prysznica, stoi w drzwiach w samym szlafroku. Nie jeden chłopak dałby się pokroić za taki widok co rano.

- Hana, ma dzisiaj urodziny. - mówię, siadając na jej łóżku.

- O rany! Masz coś dla niej?

- W tym problem… Nie mam pojęcia co mogłabym jej dać, a nie mamy zbyt dużo czasu…

Przez chwilę w ciszy zastanawiamy się nad jakimś wyjściem z sytuacji. Dalej, komórki mózgowe! Przydajcie się w końcu na coś!

W pewnej chwili Yus wyciąga rękę i sprawdza coś na bransolecie.

- Chyba mam pomysł! - mówi z zapałem przeglądając strony internetowe.

Podchodzę do niej by zobaczyć czego szuka. W zakładkach ma pootwierane mnóstwo stronek z domowymi przepisami.

- Chyba byłabym w stanie upiec takie ciasto. - mówi pokazując mi zdjęcie wiśniowego tortu,

- To świetnie! Tylko… Z tego co widziałam, to Hana dostała masę prezentów, w tym nawet skuter… Może pobiegłabym do miasteczka poszukać jakiegoś prezentu?

- Dobry pomysł. Podaj mi swój numer bransolety. - mówi, błyskawicznie otwierając nowe okna w przeglądarce.

Także włączam swoją bransoletę i podaję jej pięciocyfrowy ciąg liczb, który mieści się w jednym z głównych folderów. Dziewczyna z pełnym skupieniem dodaje mój numer do listy swoich kontaktów i w opcjach wybiera "potwierdź transakcję". W życiu nie domyśliłabym się, że można robić nawet takie rzeczy na zwykłej bransoletce.

- Przeleję ci teraz pieniądze na twoje konto. Kupisz jej coś porządnego, a potem najwyżej oddasz mi resztę, oki?

Kiwam głową z ciekawością przyglądając się poczynaniom Yus. Szczupłe palce przebierają w powietrzu z prędkością światła. Dla mnie, to kompletnie obcy świat. Chwilę potem moja bransoleta wydaje cichy dźwięk informujący o udanej transakcji.

- Dzięki, to ja lecę! - rzucam, wychodząc. - Jakby co, to będę dzwonić! Zgarnij Hiroshiego i bliźniaków do pomocy przy cieście!

- Okej, tylko wyrób się w dwie godziny, oki? - krzyczy za mną w pośpiechu.

Prędko zbiegam po schodach i pędzę w stronę bramy prowadzącej do miasteczka. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że kompletnie nie orientuję się gdzie jestem. Nie byłam tu nigdy wcześniej, a podobno miasteczko jest przeogromne… Nie dam sobie rady, szczególnie z moim jakże żałosnym talentem orientacji w terenie. Ponownie przekręcam pokrętło bransolety, tak jak nauczyła mnie Hana. Po chwili pojawia się przede mną kolorowy hologram z mapą miasta. Jednak i tak nie za wiele mi to daje, bo sama właściwie nie wiem, co chcemy jej kupić. Na dobrą sprawę, przynajmniej się tu nie zgubię…

Szybkim krokiem przemierzam zadbane, brukowane ulice miasteczka mijając ogromne stada ludzi. Widzę kawiarnie, supermarkety, apteki, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne, ale w tym momencie nie za bardzo mi się przydadzą. Szukam raczej jakiegoś sklepu z niedrogimi rzeczami nadającymi się na prezent. Wszystkie luksusowe perfumerie i domy mody z miejsca odpadają.

Wchodzę do kilku kwiaciarni i sklepów z bibelotami, ale nie znajduję tam nic co można by było wręczyć Hanie. Mija półtorej godziny, a ja nadal nic nie mam. Może jednak kupić jakieś kwiaty? Tamte tulipany tak pięknie pachniały... Ale kwiatów to ona ma już pewnie od załamania i serio nie mam pojęcia co zrobi z tymi wszystkimi bukietami. Chociaż z drugiej strony, lepsze to niż nic…

Bez sensu krążyć dalej po miasteczku. Moją ostatnią deską ratunku są stragany na placu głównym. Rzucam się biegiem między stoiska, stojąc w samym centrum przeludnionego rynku. Jest tu tak gęsto, że kompletnie straciłam z oczu budynki i kamienice i teraz widzę tylko zatłoczone stragany z owocami, warzywami, książkami i wszelkiego rodzaju innymi przedmiotami. Krążę tak przez dobre kilkanaście minut, przeglądając towary i sprawdzając ich cenę. Już mam kupić szklaną figurkę tygrysa, gdy moją uwagę przykuwa piękna biała ramka na zdjęcia. Delikatnie ocieram kurz z wnętrza otworu, w którym powinno znajdować się zdjęcie. Nie jest zbyt droga, więc przy lekkim dofinansowaniu Yusuko będę mogła ją kupić. W białej ramce znajduje się kilka otworów na zdjęcia o różnych kształtach. Moglibyśmy robić je podczas całego roku. To będzie świetny prezent!

Mężczyzna przy kasie podaje mi jakieś dziwne urządzenie, do którego najwidoczniej muszę przyłożyć bransoletę. Skaner pika, a na hologramie pojawia się rachunek i obecny stan konta. Przy okazji sprawdzam godzinę. Mam niecałe dziesięć minut do całej tej imprezy, a jestem na drugim końcu miasta. Wyśmienicie... Biegnę przed siebie, mając nadzieję, że w końcu wyjdę na jakąś znaną mi ulicę. Albo chociaż jakąkolwiek inną, byleby wyjść z tej duchoty. W pewnym momencie zauważam staruszkę, która zbiera z ziemi rozsypane pomarańcze. Za nią stoi kilku śmiejących się do rozpuku chłopaków, którzy są najwidoczniej sprawcami całej szkody.

- Przepraszam, może pani pomóc? - podchodzę do kobiety, zbierając po drodze rozsypane owoce.

- Chciałam sprawić wnuczce prezent... - mówi słabym, bliskim płaczu głosem. - Ona tak lubi pomarańcze. Oszczędzałam tyle czasu żeby je kupić...

Pomarszczone, stare dłonie drżą, próbując schować owoc do torby. Czuję jak moje serce rozrywa się na strzępy. Jak można zrobić komuś coś takiego? Spoglądam na winowajców wzrokiem pełnym smutku. Czemu człowiek czerpie radość z cierpienia innych?

Zbieram rozsypane pomarańcze pomagając kobiecie wstać. Chciałabym zrobić dla niej coś więcej, sprawić by miała lepsze życie, by nie musiała się martwić o przyszłość, ale nie mam pojęcia co mogłabym poradzić, skoro jestem właściwie bez grosza.

- Odprowadzić panią do domu?

- Nie… Dziękuję ci, dziecko… - obdarza mnie uśmiechem, który sprawia, że gdzieś tam w środku robi mi się cieplej.

- Nie ma za co, naprawdę. Na pewno jest coś w czym mogłabym pani pomóc.

- Jesteś naprawdę dobrym dzieckiem, twoi rodzice muszą być z ciebie dumni. - mówi wyjmując z kieszeni poniszczonego płaszcza mały wisiorek z krzyżem. - Proszę, weź to.

Z uwagą wpatruję się w piękne zdobienia na wisiorku. Bardzo dobrze kojarzę ten symbol. Moja mama zawsze nosi ze sobą taki mały krzyżyk na łańcuszku i modli się wieczorem do jakiegoś Boga. Często nam o nim mówi, ucząc różnych pieśni na jego cześć. Nie pozwala nam jednak nikomu o tym wspominać, bo wyznawanie jakiejkolwiek religii jest w naszym kraju zakazane. Krzyżyk delikatnie lśni w blask popołudniowym słońcu. Jest prześliczny, ale…

- Nie mogę go przyjąć, jest zbyt piękny. Niech pani go zatrzyma. - powstrzymuję jej dłoń.

Kobieta spogląda na mnie wzrokiem, który sprawia, że mięknie mi serce.

- Skoro nie chcesz go wziąć, daj go komuś bliskiemu. Ja już go nie potrzebuję. - mówi, a ja mimowolnie puszczam jej rękę, pozwalając by wręczyła mi naszyjnik.

- Dziękuję pani, naprawdę. - przykładam krzyżyk do serca, ściskając jej dłoń w pożegnalnym geście.

- Nie ma za co, skarbie. Uważaj na siebie. Na tym świecie jest dużo złych ludzi, którzy będą chcieli cię skrzywdzić.

Kobieta odchodzi, a ja jeszcze przez kilka chwil wpatruję się w medalik rozważając w myślach słowa kobiety. Ludzie, którzy będą chcieli mnie skrzywdzić? Brzmi jak zła wróżba.

Odwracam się na pięcie, po czym co sił gnam do akademików. Jestem już spóźniona. Wpadam do pokoju Yusuko, gdzie Hiroshi, bliźniacy, a nawet Akira i Shino już mają podkraść kawałek przecudnego tortu, który wygląda jak kupiony z cukierni. Daję im po łapach i wołam Yus. Razem z chłopakami i Reiko zapalamy świeczki i wkraczamy do pokoju śpiewając "Sto lat". Zdziwiona Hana spogląda na nas przez chwilę nie rozumiejąc o co biega, lecz po chwili na jej ustach pojawia się szeroki jak banan uśmiech, a oczy zachodzą łzami. Białowłosa dziewczyna tuli nas do siebie w zbiorowym uścisku, podczas gdy Yus ledwo udaje się uratować tort przed zgnieceniem.

Chłopacy wręczają jej ozdobną torebkę z ramką, a ja lecę do kuchni po nóż. Ustawiamy się w półkolu wokół blatu gdzie stoi tort, lecz co dziwne, Hana chyba niezbyt wie jak się zachować.

- Teraz pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki! - wołam.

Dziewczyna zamyka oczy i przez chwile zastanawia się nad życzeniem, po czym zdmuchuje wszystkie szesnaście świeczek. Kroimy tort i siadamy na naszych łóżkach. Natychmiast odsyłam Hiroshiego na podłogę, bo ostatnią rzeczą, o której marzę jest ufajdolenie swojego łóżka. Hanako za prośbą Shinjiego pokazuje nam prezenty, które dostała od rodziców, jednak mówi, że największą radość sprawiło jej nasze zaangażowanie (dop. kor.: nieprawda, skuter.) . Siedzimy i rozmawiamy kilka dobrych godzin, nie zauważam nawet gdy za oknem robi się ciemno. Goście zbierają się, obiecując, że w weekend uzupełnimy jedno z miejsc w ramce.

Po posprzątaniu pokoju (bo chyba nie przeżyłabym, gdybym czegoś nie przewróciła) kładziemy się do łóżek, gdyż rano znowu musimy wstać na trening. Jednak jakoś nie chce mi się spać.

- Dziękuję wam. - szepcze Hana, przewracając się tak, żeby mnie widzieć. W całym tym zamieszaniu zapomniałam o prezencie, który miałam jej dać.

Nadal leżąc, wyciągam z szufladki etażerki naszyjnik i próbuję dosięgnąć łóżka Hany. Naprawdę, za cholerę nie chce mi się wstawać. Dziewczyna wyciąga rękę z niedowierzaniem ściskając w ręku medalik. Mam wrażenie, że zaraz się popłacze.

- Dziękuję wam… Nigdy nie miałam robionych urodzin. - mówi walcząc z gulą się gardle.

Nie miała urodzin? Nigdy? Rodzice nie zrobili jej żadnej imprezy? Choćby najmniejszej? To pewnie dlatego wyrzuciła tamten list… Może jej rodzice się nią nie zajmują? Ale gdyby tak było, nie przysyłaliby jej przecież tylu prezentów. Zapytam się jej jak jej pomiędzy jej rodzicami, ale... jutro...

- To był najlepszy dzień w moim życiu. - pojedyncza łza spływa na poduszkę. - Nie chcę żeby się skończył.

- Nie martw się. Jesteśmy teraz przyjaciółmi, dzisiaj, jutro i pojutrze też. Będziemy razem cokolwiek by się nie działo.


(dop. kor.: Alciu, kocham cię tak mocno, że nie potrafię wyrazić tego słowami. (ಥ﹏ಥ) (´∀`)♡)

czwartek, 30 października 2014

My Breath - Rozdzial IX

Witajcie! :) Co sądzicie o fabule My Breath'a? Ostatnio (czytaj: Jakieś trzy tygodnie temu, ale przypomniałam sobie wczoraj :P) Hanka (nie przedstawiłam jej jeszcze, ale to zatrudniona korektorka tekstu) (dop. kor.: no wiesz co... ;__;) zapytała się mnie co ma ma znaczyć tytuł My Breath. Szczerze, pomysł na tytuł miał wynikać z ważnego elementu fabuły, lecz po jakimś czasie stwierdziłam, że jest beznadziejny. Wymyśliłam więc (kompletnie na świeżo) pewną rzecz, którą nazwiemy "moim oddechem". Pojawi się ona... Hm... No za kilka (dziesiąt :P) rozdziałów. Ale nie martwcie się! Postaram się go możliwie najbardziej dopracować (przynajmniej mam taką nadzieję...) (ale dużo dziś tych nawiasów :D )


MY BREATH

ROZDZIAŁ IX

(ALLYSS)


Hayagawa Shuu… Musi być dobry… Musi być przerażająco dobry... Żeby zdać test na sto procent? Przechodzą mnie ciarki. Mam być z nim w końcu w zespole...

Nie mam bladego pojęcia jak, ale Shuu emanuje taką dziwną, żądną mordu aurą, która powoli wkrada się do serca siejąc strach i niepokój. I jeszcze to spojrzenie… Jakby chciał kogoś zabić… Jakby jego mózg był przystosowany do planowania tortur. Nigdy nie widziałam nikogo, kto byłby taki przerażający... Zawsze porusza się pewnie, zwinnie, a do tego z gracją i elegancką, kompletnie kontrastującą z jego posturą. Jednym słowem - maszyna do zabijania.

Nie daje mi jednak spokoju myśl, że gdy wtedy rozmawialiśmy wydawał się inny. Jakiś taki bardziej… ludzki? Nawet się uśmiechnął. Prawie niewidocznie, przez ułamek sekundy, ale jednak. Oczywiście wtedy też czułam tę przerażającą aurę, ale to nic w porównaniu z tym palącym spojrzeniem, którym mnie teraz przeszywa.

Trzy dni spędzamy na uczeniu się technik walki i wykorzystywania ich w praktyce. A ja po każdym takim treningu, czuję ból w każdej części ciała. Jestem jednym, wielkim zakwasem. Allyss - zakwas, miło mi.

Leżałam na macie już tyle razy, że dawno przestałam liczyć, podczas gdy on robił sobie ze swoimi przeciwnikami ewidentnie co chciał. Raz nawet udało mi się być z nim w parze, co przyprawiło mnie o stan przedzawałowy, ale co dziwne nie runęłam z impetem na podłogę, tylko zostałam delikatnie położona na materacu. Tłumaczyłam sobie, że to może dlatego, że jestem dziewczyną i nie chciał mi zrobić krzywdy, ale już po chwili ujrzałam jak powala Yusuko na łopatki, a potem także Mei i Hanę, która poleciała na niego z dzikim, wojennym okrzykiem i zamiarem ugryzienia go nogę. (dop. kor.: >w<)

Jedynymi osobami, które nie dały się tak pomiatać byli bliźniacy - jeden wdrapał mu się na plecy podczas gdy drugi szturmował od przodu; Hiroshi - dorównywał mu siłą, lecz niekoniecznie skoordynowaniem ruchowym; oraz dziewczyna, która jak potem się okazało ma na imię Satomi.

Na początku długo zastanawiałam się jakiej płci jest Satomi. Wysoka, wysportowana, a krótko ścięte brązowe włosy mogą równie dobrze należeć do chłopaka. Poza tym sposób poruszania się jest na tyle specyficzny, że naprawdę trudno się połapać. Ręce najczęściej trzyma w kieszeniach swoich szerokich spodni w moro, a przygarbiona postawa wydawałaby się luzacka i niechlujna, lecz gdy tylko bliżej jej się przyjrzeć, jest niesamowicie zwinna, prawie jak kot.

Walczyli ze sobą przez dobre kilka minut, nie ustępując sobie nawzajem pola. Znaczy się walka to może złe określenie, prowadzili… sparing? Wykonywali ruchy, których uczyła trenerka tyle, że z jakimś dwustuprocentowym przyspieszeniem. Potem to już nie tylko były zwykłe ciosy, ale całe układy, opracowane techniki i wszystko to z zimnym, obojętnym wyrazem twarzy. Jednak nie dowiedzieliśmy się kto wygrał, bo trenerka zarządziła zmianę w parach.

Chciałabym dojść kiedyś do takiej perfekcji, by móc bez lęku mierzyć się z kimś takim jak Shuu czy Satomi. Na razie jestem na poziomie ciepłej kluski jak to pani Natsume raczyła zauważyć.

Przez te trzy dni nie miałam najmniejszej okazji by pogadać z Shuu na temat naszego przydziału i czuję się z tym okropnie. Starałam się podejść do niego na przerwie lub po treningach, lecz nigdzie go nie było. Albo ja jestem ślepa, albo on rozpływa się w powietrzu zaraz po ogłoszeniu czasu wolnego. Mówiłam to Hanie, ale ta powiedziała, że nie powinnam go przepraszać, a jeśli muszę to mam być twarda! Mam do niego podejść i… kurna nie wiem zacząć bić pięściami o klatę jak przystoi na neandertalczyka takiego jak ja.

W każdym razie, stwierdziłam, że w piątek serio do niego podejdę, złapię go jak będzie wychodził, albo będę pukać do wszystkich pokoi na osiedlu! Przysięgam! Tylko na razie muszę jeszcze dotrwać do piątku…

Swoją drogą, idzie mi już coraz lepiej. Uniki nie były dla mnie jakąś większą trudnością, gorzej z atakami. Ale teraz potrafię już przeprowadzić całkiem zgrabny prawy sierpowy. Chociaż trenerka nie pozwoliła nam jeszcze trzymać w rękach broni, ale widzę jak dokładnie nam się przygląda, analizując do jakiego typu nadaje się nasze ciało. Jak dobrze pójdzie to może dostanę pistolet na wodę!

Trening się kończy, jak zwykle około szesnastej, więc wyczerpani, człapiemy do pokoi, by wykorzystać dobrze resztę dnia. Cóż, zwykle siedzimy, albo u nas, albo u Yusuko, ewentualnie u Hiroshiego, ale pokój tej trójki, jako, że jeden z większych, potrzebuje też więcej rzeczy do ogarnięcia, z czym chłopaki widocznie sobie nie radzą. Pocieszam się, że przynajmniej oni mają większy burdel niż my. Chociaż ostatnio nie wiem jakim cudem znalazłam swoje majtki przewieszone na lustrze toaletki. Nie wnikam…

Otwieram drzwi naszego pokoju i bez słowa padam na łóżko. Dopiero po kilku chwilach przypominam sobie, że obiecałam Yus pomoc przy obiedzie, bo inaczej nie dostanę ani kęsa jej specjału - sałatki z owocami morza.

Roztargniona wylatuję z pokoju jak torpeda, ale zamiast wybiec na korytarz, potykam się i ląduję twarzą do podłogi. Bez jaj…

Okazuje się jednak, że tym razem mam jak usprawiedliwić swoją ślamazarność. Pod drzwiami do naszego pokoju, leży kilka pudeł, owiniętych papierem prezentowym. Zdziwiony wzrok listonosza przywraca mnie do porządku.

- P-Przepraszam, dla kogo są te paczki? - próbuję wygrzebać się z tej niefortunnej sytuacji, jednocześnie podnosząc się z ziemi.

- Zaadresowane do panienki Onohara Hanako, to pani?

- Yyy… nie, proszę chwilę poczekać.

Włażę z powrotem do pokoju, kompletnie zbita z tropu. Wołam Hanę, która równie zdziwiona podchodzi do listonosza, składając wymyślny podpis na dokumencie.

- Hana, co to? - pytam, pomagając jej wnieść pudła do pokoju.

Przez chwilę dziewczyna poważnie myśli, przyglądając się na przemian mi, na przemian paczkom. W końcu, zdaje się, że na coś wpadła. Nad jej głową powinna się w tym momencie zaświecić lampka.

- Który jest dzisiaj?

- Czwarty września o ile dobrze myślę.

- No tak! - na jej twarzy pojawia się uśmiech zrozumienia. - Dzisiaj są moje urodziny!

sobota, 25 października 2014

My Breath - Rozdzial VIII

Witajcie, kochani! Przed wami już ósmy rozdział My Breath'a! Nie uwierzycie, ale gdy pisałam poprzedni rozdział, stres Allyss udzielił się także mi i normalnie czułam emocje głównej bohaterki. Wiem, jestem głupia, ale bywa... (dop. kor.: masz na bani)

Dziękuję wam, że nadal to czytacie i komentujecie, aczkolwiek cały czas mam wrażenie, że po prostu Hana nabija mi wyświetlenia (dop. kor.: nie prawda... ಠ╭╮ಠ). W takim wypadku, zachęcam was do aktywniejszego komentowania i (co sprawia mi największą radość) obserwowania.


MY BREATH

ROZDZIAŁ VIII

(ALLYSS)


Powoli otwieram oczy, mrugając przy tym kilkadziesiąt razy, by przyzwyczaić się do światła. Yus uśmiecha się radośnie starając doprowadzić mnie do porządku, podczas gdy Hana prowadzi mnie za rękę do parapetu, na którym siadamy. Wokół nas kręci się Hiroshi, który przypomina mi teraz małego, zaaferowanego szczeniaczka, który cieszy się z powrotu właściciela. Swoją drogą, ma naprawdę dużo ze zwierzęcia.

- Co się tam stało? Byłaś tam chyba najdłużej i do tego wybiegłaś jakby cię ktoś gonił.

- Bo gonił, chyba...

- Kto?

- Ten typ, z którym…

- Nie możesz nikomu mówić! - wybucha Hiroshi, który nagle zamienił się w wzorowego ucznia.

- Niby czemu? - spoglądam na niego, zmęczonym wzrokiem. Musze teraz wyglądać jakby mnie kto o 3 nad ranem obudził.

- Nie mówił ci? No wiesz, ten chłopak?

- Nie, nie zdążył. Uciekłam zanim zrzucił mnie z tej cholernej platformy! - mówię z lekkim wyrzutem. Przecież walczyłam tam o życie, a ten mi tu z jakimiś zasadami wyskakuje!

- Jak to... uciekłaś? Przecież miałaś go pokonać!

- A było to gdzieś napisane? - pytam retorycznie. - Ten koleś po prostu stanął mi na drodze, a ja... go po prostu… ominęłam.

Przez chwilę spoglądam na jego śmiertelnie poważną twarz. Z mojego krótkiego doświadczenia wiem, że Hiroshi jest chyba ostatnią osobą, która robi się poważna. Nabieram nawet wątpliwości, że może nie zdałam czy coś źle zrobiłam. Znaczy sama w sobie ucieczka była dość niekonwencjonalnym rozwiązaniem. Pewnie z góry zakładali, że będę się z nim bić. Można uznać, że ich przechytrzyłam. Chcący czy nie chcący, nie ma znaczenia! Jestem mistrzem strategii! Ha ha!

Dzięki bogu, już po chwili na twarzy chłopaka pojawia się ciepły uśmiech, który przeradza się w pełen niedowierzania śmiech. Dołączam się do niego. Wystarczy tylko spojrzeć na jego szczęśliwą twarz i od razu człowiek ma ochotę się roześmiać.

- Ja nie wierzę! - łapię się ręką za czoło. - Rozwaliłaś ich system, pewnie teraz będą mieli trudności, żeby cię gdzieś zakwalifikować.

Nagle przestaje mi być do śmiechu.

- Jak to, będą mieć trudności?!

- Allyss... - zaczyna uspokajająco Yusuko, też nieco rozbawiona. - z tego co mówi Hiroshi, chyba nie spodziewali się takiego zachowania na teście. N- Nie martw się! - dodaje, widząc pewnie, że moja twarz zmienia swój naturalny kolor. - To ich wina, że tego nie dopracowali…

No tak, to ich wina. Ja tylko po prostu wykonałam zadanie. Nie... Nie było żadnego zadania, więc mogłam robić co chciałam. A ja uciekłam. Żołnierz chyba nie powinien się tak zachować... Przecież nie będę mogła tak po prostu uciec z pola bitwy!

Przez resztę czasu, staram się nie myśleć o tamtej sytuacji, nerwowo skrobiąc skórki przy paznokciach. Najważniejsze, że przeżyłam i że nie zostałam rozplaskana na podłodze, ani zgnieciona przez ściany. Do piwnicy schodzą kolejne osoby, aż w końcu przychodzi także czas na Akirę. Trzymamy za niego kciuki, ale w głębi serca trochę się o niego boję. Jest w końcu całkiem drobny jak na chłopaka. Właściwie wzrostem i umięśnieniem jest podobny do mnie. Musimy jednak wierzyć, że jakoś mu się uda. Nie żebyśmy nie kibicowali Yus i Reiko, ale o niego szczególnie się martwię.

Kątem oka zauważam, że gdy Akira spogląda w naszą stronę, Hana robi się całkiem czerwona i odwraca wzrok. Z tego co pamiętam, mówiła, że są razem w parze. Dwa białogłowe niziołki będą napieprzać z karabinów i innych takich. Nie żebym jej nie lubiła! Wyzywam ją tak z miłości. Po kilku minutach w drzwiach znika także Hana, a za nią dziewczyna, która chyba ma na imię Mei, która wyróżnia się od reszty jakąś taką profesjonalną miną.

Długie, proste, czarne włosy powiewają za nią w równym rytmie. Nienagannie wyprasowany mundurek, prosta opaska i szare okulary o wąskich oprawkach, nadają jej wygląd naprawdę mądrej osoby. Takiej, która pochłonęła wszystkie podręczniki i nawet doszukała się w nich błędów. Ciekawe czy będę w stanie się z nią dogadać... Chciałabym zapoznać się z jak największą ilością osób i mam nadzieję, że uda mi się znaleźć z nimi wspólny język.

Dochodzi dwunasta, gdy z piwnicy wychodzi ostatnia osoba. Po kilku minutach czekania, w drzwiach pojawia się także trenerka. Na jej twarzy nie malują się żadne emocje, lecz mam dziwne przeczucie, że pewnie myśli o moim wybryku. Co dziwne z piwnicy wychodzi także ten typ, z którym podobno miałam walczyć. W świetle słonecznym prezentuje się o wiele mniej groźnie, co jednak nie zmienia faktu, że zakryta kapturem twarz wzbudza pewien niepokój. Staje obok trenerki, przybierając heroiczną pozę rodem z kreskówek o super bohaterach.

- Dobra, wasz egzamin przebiegł całkiem zadowalająco, a ze względu na drobne zmiany w kodeksie szkoły, nie będzie podziału na grupę słabszą i lepszą.

Oddycham z ulgą. Jestem świadoma, że należenie do słabszej grupy nie jest niczym złym, jednak liczyłam, że będę mogła trenować razem z Haną, Yusuko i resztą. Dobrze, że podział został zlikwidowany, chociaż po kilku niezbyt zadowolonych minach mogę stwierdzić, że niektórzy mają tu inne zdanie.

Podczas gdy trenerka przeszukuje swoją teczkę pełną papierów, ubrany na czarno osobnik zaczyna wykonywać wyjątkowo specyficzne ruchy. Większość klasy z rozbawieniem się w niego wpatruje, w trakcie gdy pani Natsume kontynuuje swój wykład.

- Jednak nie zmienia to faktu, że trzeba was po przydzielać. Przeprowadzony test z grubsza pomógł nam określić... - kobieta ogląda się za siebie. - Skończyłbyś się wreszcie wydurniać? Zdejmij to cholerstwo, cymbale!

Mój niedoszły oprawca jak oparzony zdejmuje, a raczej zrywa z siebie czarny materiał, który powoli opada na posadzkę. Przed nami ukazuje się uroczy, czarnowłosy chłopak, gorączkowo szamoczący się z płaszczem. Nie podejrzewałam, że tą przerażającą postacią okaże się tak niewinnie wyglądający uczeń.

- Tam w środku był pająk! - mówi, z zapałem depcząc po czarnym materiale.

- Ile ty masz lat, Shino?! - syczy wściekle trenerka.

Chłopak usatysfakcjonowany zabójstwem pająka, obraca się przodem do kobiety i staje na baczność.

- Przepraszam panią bardzo, już skończyłem. - niezrażony jej krzykami, uśmiecha się potulnie jak baranek.

- No, to się ogarnij, chłopie!

Beztroski wyraz twarzy pewnie świadczy o tym, że Shino jest już przyzwyczajony do ciągłych krzyków i skutecznie je zlewa. Bardzo dobre podejście do życia.

- A więc... - kontynuuje trenerka. - Ten egzamin pozwolił nam mniej więcej określić, jaką broń moglibyśmy wam przydzielić do walki. Dopóki nie przebudzicie swoich umiejętności, będziecie ćwiczyli z bronią białą oraz palną. Wtedy przydzielimy wam broń preferowaną, której będziecie używać na misjach.

Po prostu wyobrażam sobie siebie z jakimś wielgachnym mieczem! Najlepiej z dwoma. I ze lśniącą zbroją, odjeżdżającą na białym rumaku w stronę zachodzącego słońca. Taak… (dop. kor.: kids, don't drugs. )

Allyss, skup się! Znowu nie będziesz wiedziała o co chodzi i schrzanisz coś na samym starcie!

W pewnej chwili przechwytuję spojrzenie Shino. Głębokie, błękitne oczy przypatrują się mi, jakby próbowały sobie coś przypomnieć. Podnoszę wzrok i gdy tylko Shino spogląda na moją twarz, zaczyna trząść się ze śmiechu. Musiał sobie przypomnieć mój efektowny ślizg. Tak sobie myślę, że to musiało wyglądać niesamowicie zabawnie z trzeciej osoby. Jakaś małolata szarżująca na niebezpiecznie wyglądającego typa tylko po to żeby w ostatniej chwili prześlizgnąć mu się pod nogami i zapieprzać z powrotem na górę.

Chłopak musi zasłonić usta, by nie roześmiać się na całe gardło. Przypatruję mu się z jeszcze większym rozbawieniem, także ledwo powstrzymując śmiech.

Po wykładzie trenerki, który powinnam była wysłuchać, rozchodzimy się, by zjeść lunch. Byłam przekona, że spędziliśmy tutaj dobre kilkanaście godzin, a tu się okazuje, że dopiero dwunasta! W szatni czeka na mnie przecież całe opakowanie zbożowych ciastek. Raczej się tym nie najem…

Mamy pół godziny przerwy, więc możemy wyjść na zewnątrz, a nawet skoczyć do akademików. Siadam razem z dziewczynami na ławce, tuż przy sali gimnastycznej, z zazdrością przypatrując się pojemniczkowi na jedzenie Yusuko. Nie mam pojęcia jak wcześnie musiała wstać, by zdążyć sobie rano zrobić bento! Hana wcina rozwalającą się w rękach bułę z serem, a Reiko podobnie do mnie skubie opakowanie ciastek. Przynajmniej schudniesz, Allyss.

Niesamowite jak luźno można z nimi rozmawiać. Mają mnóstwo dystansu do siebie i z radością dzielą się swoimi historiami. Yusuko na przykład opowiada jak kiedyś na castingu przejechała na twarzy przez cały wybieg, bo poślizgnęła się o materiał długiej spódnicy. Dopytuję się jak wygląda praca modelki, bo w drugiej strefie, raczej nie odbywają się takie wydarzenia. Z zapałem słucham z jakimi projektantami pracowała Yus u jakich rzeczy dowiedziała się o Europie i Ameryce. Nie wiem gdzie zdobyła te informacje, ale podobno w innych krajach panuje coś co nazwała demokracją. Oznacza to, że każdy obywatel ma prawo głosu. Aż trudno w to uwierzyć!

W pewnym momencie zza rogu wychodzi Shino w towarzystwie Hiroshiego, którzy z zapałem o czymś z nim rozmawiają. Wpatruję się w niego i od razu uśmiecham się na wspomnienie tamtego wydarzenia. Chłopak odwzajemnia uśmiech i podchodzi do nas przedstawiając się.

- Shino Hiyama, miło mi. - podaje nam wszystkim rękę na powitanie. Jego wzrok zatrzymuje się na mnie. - Ty jesteś tą dziewczyną od ślizgu, nie?

Kiwam głową z ściskając jego dłoń. Tylko żeby nie wygadał się nikomu, powtarzam w myślach. Cała szkoła będzie się ze mnie śmiać!

Lecz w oczach Shino widzę spokojną, uspakajającą iskrę, która od początku wzbudza moje zaufanie. Są zbyt szczere, zbyt uprzejme i przyjazne by mogły wyrządzić komuś jakieś świństwo. Te oczy są po prostu… dobre.

- To co zrobiłaś było niesamowite! Nawet trenerka była zaskoczona. Zwijałem się ze śmiechu jeszcze długo po tym! - mówi, uśmiechając się zachęcająco.

- Wyglądałeś tak strasznie, że nie zastanawiałam się zbyt długo nad ucieczką. - także uśmiecham się, robią mu miejsce obok siebie na ławce.

- A właśnie! Przepraszam, że was wtedy tak pobiłem! - drapie się z zakłopotaniem po głowie. - Trenerka zagroziła, że jeśli tego nie zrobię to będę robił dodatkowe okrążenia do końca roku, więc nie miałem zbytnio wyboru.

- Ostro mnie skopałeś, stary. - mówi Hiroshi, który z jakiegoś powodu postanowił usiąść na ziemi. - To było świetne! Nauczyłeś się tego wszystkiego przez rok?

- Yyy… Tak… Pani Natsume jest naprawdę… wymagająca…

- To prawda, że na egzaminie końcowym zginęło tylu uczniów? - wali prosto z mostu Hana.

Granatowe oczy chłopaka natychmiast tracą swój wesoły jak dotąd blask. Shino pochmurnieje, wpatrując się zamyślony w ziemię. Widział przecież śmierć swoich przyjaciół z klasy, taka trauma zostaje do końca życia. Nic więc dziwnego, że przestał się uśmiechać.

Zauważyłam co prawda, że Hana ma niewyparzoną gębę, ale kompletny brak wyczucia? Szturcham ją lekko łokciem dając do zrozumienia jaki nietakt popełniła.

- N-Nie musisz mówić jeśli nie chcesz… - próbuje ratować niezręczną sytuację.

- Nie, nie w porządku. To tylko… - urywa, doprowadzając się do porządku. Na twarzy ponownie pojawia się uśmiech, jednak oczy nie błyszczą już jak wcześniej. - Tak, na egzaminach zginęło o wiele więcej uczniów niż przypuszczali. Ale nie martwcie się! W tym roku macie o wiele więcej czasu na przygotowanie się. Na pewno dacie radę. Po tym co dzisiaj widziałem, jesteście naprawdę nieźli. W tamtym roku chyba nikt nie zdołał przejść bezbłędnie przez wszystkie części testu i pokonać napastnika.

- A w tym roku komuś się udało? - pytam.

- Tak, jednej osobie… Miał na nazwisko chyba... Hayagawa…

niedziela, 19 października 2014

My Breath - Rozdzial VII

Witajcie. Ostatnimi czasy, moja cichutka podświadomość coraz bardziej daje mi się we znaki (czytaj: Hana drze na mnie mordę) (dop. kor. : huehuehuehue). Podsunęła mi pomysł (zmusiła mnie) abym zaczęła dodawać notki od autora! Jestem najwidoczniej zbyt głupia żeby wpaść na to sama... Także, od dnia dzisiejszego, postaram się być bardziej... otwarta? W każdym razie, chciałam wam bardzo serdecznie podziękować za to, że jednak czytacie moje wypociny i co najważniejsze - komentujecie, udzielając mi bardzo istotnych wskazówek! My Breath nie jest co prawda najwyższych lotów, lecz musicie wiedzieć, że wkładam w to całe moje serce. Tak więc serdecznie zapraszam do czytania, komentowania, obserwowania, a także głosowania w ankiecie na najlepszą postać (dop. kor.: Głosujcie na Hanę! >w<). Dobra, koniec paplaniny, zapraszam do lektury!

MY BREATH

ROZDZIAŁ VII

(ALLYSS)


Za drzwiami znika Shuu ze swoją niezmienną, obojętną miną. Od kiedy rozmawialiśmy wtedy w auli, właściwie nie okazywał żadnych emocji. Jakby cały ten trening był poniżej jego godności. Za każdym razem gdy na niego patrzę, czuję jak mi puls przyspiesza, a jakiś cichy głosik w głowie ostrzega przed niebezpieczeństwem. Nic w sumie dziwnego, wygląda jakby się z więzienia urwał. Czarne, buntowniczo zaczesane włosy, wysoki, umięśniony i jeszcze z tym gardzącym spojrzeniem. Strach się bać.
Moje rozmyślania na jego temat przerywa wesoły jak dzieciak Hiroshi, który widocznie napawa się świadomością, że nie może nam powiedzieć o tym co się działo w tamtej piwnicy. Z pełną satysfakcją opowiada, że poszło mu całkiem nieźle i że było strasznie trudno, ale oprócz tego żadnych konkretów. Niewiele można też odczytać po reakcjach innych. Niektórzy wychodzą w panice, bladzi jak ściany, ledwo łapiąc oddech, jakby w piwnicy czaiło się ucieleśnienie ich horrorów, a inni wręcz przeciwnie, zadowoleni, może trochę skrępowani, ale na pewno nie przerażeni jak reszta. Zwykle wracają po kilkunastu minutach, czasem mija trochę więcej. Aż mam wrażenie, już stamtąd nie wrócą. Większość z nich jest albo nieźle poobijanych, albo zlanych potem, co daje mi do myślenia, że pewnie będziemy tam walczyć. Jeśli można osiągnąć szczyt zestresowania, to właśnie został przeze mnie zdobyty.

Na trzęsących nogach ustawiam się przy wyjściu. Mijają minuty, może mi się wydaje, ale tym razem czas jakby specjalnie zwolnił, rozkoszując się moim strachem. Słyszę cichy dźwięk na schodach. Kładę rękę na klamce, po cichu odliczając do dziesięciu. Wdech, wydech, to tylko test. Mniej więcej przy siedmiu, drzwi otwierają się gwałtownie, prawie mnie uderzając. Po raz kolejny czuję na sobie to onieśmielające spojrzenie. Wbijając wzrok w podłogę, staram się przejść obok niego, niezauważona, niewidzialna. Jego groźna aura wydaje się prawie namacalna tak, że mogłabym ją złapać do worka i zamknąć głęboko w piwnicy. Naglę czuję jak duża, pewna dłoń łapie mnie za lewe ramię. Serce z szybkiego bicia, hamuje ostro całkowicie się zatrzymując, nieruchome. Shuu nachyla się blisko, zbyt blisko do mojego ucha, łaskocząc mnie kosmykiem włosów w policzek. Gdybym patrzyła na to z boku, przysięgłabym, że oglądam urwaną scenę z horroru, w którym wampir próbuje wyssać krew ze swojej ofiary. Bardzo kreatywnie, Allyss.

- Idź środkowym korytarzem. Gdy ściany zaczną się przesuwać, wsadź między nie gwoździe. Gdy go spotkasz, nie próbuj walczyć otwarcie. Podejdź do niego od tyłu, a potem uciekaj. - dyktuje mi, zimnym jak lód szeptem.

Kiwam głową delikatnie, próbując odzyskać władzę nad mięśniami. O rajciu, co to za dziwne uczucie? Czy on chce żebym dostała zawału jeszcze przed tym całym egzaminem?! Haha chyba zgubiłam gdzieś po drodze serce, bo nie słyszę jak bije. Hej, serce? Gdzie jesteś? Nie rób sobie jaj i wracaj do mnie! Robię niepewny krok naprzód, by wyrwać się ze stanu kompletnego osłupienia. Słyszę zamykane za sobą drzwi, a na schodach robi się kompletnie ciemno. Wycieram wierzchem dłoni strużkę potu na czole. Co to za typ? Nie wiem jak i czemu, ale sama obecność Shuu sprawia, że podskakuje mi poziom adrenaliny. A co dopiero jego dotyk. Nadal czuję jak moje ramię pulsuje, rozpalone, jakby zostawił na mnie trwałe znamię.

Mówił coś o przesuwających się ścianach i gwoździach. Chwila, jak to przesuwających? I skąd mam wziąć gwoździe?! Jak już mu się wzięło na zwierzenia, to by mógł chociaż się jakoś jaśniej określić. Gwoździe włożyć w ścianę, na luzie.

Ostrożnie stawiam kolejne kroki na cholernie stromych schodach. Co jakiś czas słyszę jakiś szmer, pisk lub inny niepokojący odgłos. Za każdym razem po karku przebiegają mi dreszcze. Sprzątają tu czasem? A może to jakiś element dekoracji? Tak dla zastraszenia... Schody w końcu się kończą, a przede mną rozpościera się kolejny, długi tunel. Idę powoli nieufnie patrząc na chłodne ściany. Nigdzie nie widzę gwoździ. A co jeśli ich nie będzie? Ściany zmiażdżą mnie jak robaka, pozostawiając tylko czerwoną plamę? Allyss-robak, to by było ciekawe. Może dżdżownicą? Albo żuczkiem gnojaczkiem...

Rozmyślania na temat mojej śmierci i ewentualnej przemiany w robaka, przerywa mi jakiś trzask, tuż za mną. Odwracam się gwałtownie, lecz niczego tam nie ma. Przynajmniej niczego co mogę dojrzeć w kompletnych ciemnościach, więc może być tam wszystko. Z tego, co dzisiaj widziałam, ''wszystko'' może równie dobrze oznaczać trola albo wielkiego ogra. Bóg wie co.

Mam w sumie dwa wyjścia. Albo zacząć z tym czymś walczyć, co z pewnością nie będzie ciekawym doświadczeniem, albo mogę uciekać. No cóż wybór chyba oczywisty, biorę nogi za pas i rzucam się w długą, ale prawie natychmiast wywalam się o jakiś długi metalowy pręt. Podnoszę go, a podłużny przedmiot okazuje się łomem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wziąć go ze sobą? Jest dość ciężki, jeśli przyjdzie mi uciekać to raczej długo z nim nie pociągnę, ale jeśli ktoś mnie zaatakuje, to będę mogła go tym zdzielić.

Chwila, jesteśmy w szkole. Miałabym zdzielić łomem nauczyciela? I jak będę się z tego potem tłumaczyć? Po chwili rozważań, postanawiam go jednak zostawić na miejscu. Dla bezpieczeństwa swojego i innych. Nawet gdyby przyszło mi walczyć, to prędzej udałoby mi się tym zabić. Idę przez korytarz, nadal pełna sprzecznych emocji. Może jednak nie został tu pozostawiony przypadkiem? Allyss, kurwa, kto normalny zostawiałby łom w takim miejscu?! To chyba jasne, że będzie potrzebny! Postanawiam się wrócić, lecz po kilku krokach, czuję jak podłoga zaczyna się pode mną trząść. Ech, było się tyle wczoraj nie napychać, ale żeby całe piętro miało się zawalić? Nie mam nawet czasu by zareagować, a już spadam wywijając nogami w powietrzu. Z moich ust wydobywa się głuchy krzyk, tłumiony przez wąskie ściany. W takich sytuacjach człowiek nie myśli jasno. Może właśnie to sprawdzają? Czy potrafimy zachować zimną krew w sytuacjach zagrażających życiu? To chyba dość ważna cecha żołnierza.

Jeśli uderzę z takiej wysokości w ziemię, nie ma szans na przeżycie. Ale jeśli dałabym radę jakoś zwolnić? Ta dziura bardziej przypomina, wąski szyb wentylacyjny. Mogłabym zahamować. Czym? Łomem. A łom gdzie? Został na górze. Mam ochotę przyłożyć sobie w twarz. Mogłam go wziąć od razu! Dobra, jak nie łomem to czym? Nie mam nic przy sobie, więc zostają nogi.

Rozstawiam stopy szorując butami o ściany. Czuję ból w kościach i smród przypalanej podeszwy. Towarzyszący temu pisk jest porównywalny do skrobania paznokciem po tablicy, tylko jakieś tysiąc gorsze. Przynajmniej zwalniam na tyle by móc spokojnie myśleć dalej. W takim tempie spadania chyba nic mi nie grozi. Tamten łom zaoszczędził by mi na pewno trochę bólu i nowych butów, ale przynajmniej będę żyć. Na razie.

W pewnym momencie przestaję czuć ściany pod stopami, ale nadal nie widzę podłogi. Cholera, cholera, cholera, może w szybie było jakieś wyjście? Nie chcę ginąć, jeszcze nie. Będą płacić mi odszkodowanie! Ku mojemu zaskoczeniu, nie spadam na twardą ziemię, a na miękką siatkę, która odbija mnie jak trampolina, w górę i w dół. Czyli nawet jeślibym nie zahamowała, nie stałoby mi się nic złego? Czuję ulgę, ale jednocześnie zdenerwowanie… Kto, do cholery jasnej wymyśla takie zadania?! Ten ktoś pewnie teraz wszystko obserwuje i zwija się ze śmiechu. O rany. Oceniane jest pewnie jak zareagowałam. Pewnie nikt nie brał pod uwagi możliwości, że zahamuję butami. Robię się czerwona. Odstawiam tu niezły cyrk, a jeszcze brakowało, by cała kadra to zobaczyła.

W końcu przestaję odbijać się od siatki i mogę spokojnie zejść na ziemię. Na ścianie wisi mała lampa naftowa, oświetlająca pomieszczenie słabą poświatą. Szare ściany nadają temu pomieszczeniu jeszcze bardziej przygnębiający i ponury wygląd niż zdawało się na początku. Wygląda jak przedwojenny schron, a nie jak sale szkoleniowe w nowoczesnym liceum. Na przeciw mnie, rozpościerają się trzy tunele, przy których ustawione są trzy postumenty przedstawiające lwa, węża i sowę. Wszystkie wpatrują się we mnie kamiennym wzrokiem, dzięki któremu po raz kolejny przechodzą mnie ciarki. Jeśli ma to być odzwierciedlenie mojego charakteru to z chęcią wybrałabym mysz albo szczura.

Shuu mówił, żebym poszła środkowym korytarzem. Nie wiem czemu, ale jego słowa wydawały się być naprawdę wiarygodne. Chyba, że chce się mnie pozbyć i znaleźć jakiegoś innego partnera, co w sumie byłoby całkiem niezłym rozwiązaniem. Nie. Nie wolno mi tak myśleć. Shuu chciał mi pomóc, inaczej nie powiedziałby mi o tych gwoździach. Muszę w niego uwierzyć. Muszę uwierzyć w swoje wątpliwe umiejętności. Idę w głąb tunelu starając się uniknąć wzroku kamiennego węża, który strzeże jego wejścia. Na razie jest okej, w porządku, tylko kolejny ciemny tunel, nie wiadomo jak długi i nie wiadomo co skrywający. Trzymając się prawą ręką ściany, zauważam, że za zakrętem znajduje się mała pochodnia. Rzucam się bez namysłu w jej kierunku. Jednak zanim jeszcze udaje mi się nacieszyć jej blaskiem, słyszę, a raczej czuję, jak ściany tunelu zaczynają się przybliżać.

Radość momentalnie ustępuje przerażeniu. Z pośród długiej listy lęków jakie posiadam najbardziej boję się małych pomieszczeń. Ciemnych, małych pomieszczeń. Od kilku lat źle znoszę przebywanie w schowkach, na strychach czy piwnicach. Sam tunel nie przyprawiał mnie o aż taki lęk, bo wiedziałam, że ma wyjście i jest długi, ale teraz wyjścia już nie ma.

Nie ma...

Strach przyspiesza oddech, opanowuje całe ciało, wdziera się do mózgu niszcząc narządy odpowiadające za racjonalne myślenie. Echo unosi moje histeryczne pokrzykiwania. Kucam, łapię się rękami za głowę i z całej siły zaciskam oczy. To się nie dzieje naprawdę. Obudź się Allyss, do cholery! Zaraz mnie zgniecie. Najgorsza z możliwych sytuacji właśnie ma miejsce ze mną w roli głównej.

Zaraz mnie zgniecie.

Nie potrafię się nawet zmobilizować do jakiegokolwiek działania! Zawsze w takich sytuacjach jest ze mną ktoś, kto mnie uspokaja. Mama, tata, brat, ktokolwiek, teraz jestem zdana wyłącznie na siebie. Nagle, poza moimi krzykami, słyszę cichy metaliczny głos przy ścianie. Otwieram oczy przyglądając się małym przedmiotom, turlającym się po podłodze. Gwoździe! Shuu mówił, żeby wsadzić w ściany gwoździe!

Gwałtownie opadam na kolana, histerycznie przeszukując podłogę. Łapię w dłonie kilka małych gwoździ, które z zapałem próbuję wsadzić między ziemię, a ściany. Jednak ręce trzęsą mi się tak mocno, że nie jestem w stanie ich zatrzymać. Nic nie widzę, już nie tylko przez słabe światło, nazbierane do oczu łzy całkowicie odbierają mi widoczność. Nie chcę płakać, nie mogę, nie teraz. Czuję tylko, że ściany są już bardzo blisko. Na tyle, że gwoździe na niewiele się już zdadzą.

Rozpaczliwie opieram się plecami o zimną ścianę, próbując zatrzymać drugą. Nie ma to większego sensu, ale w tej sytuacji nie stać mnie na nic bardziej ambitnego. Szlochając, próbuję odepchnąć ją od siebie. Już prawie dotykam kolanami czoła, gdy nagle, ściany się zatrzymują, a nawet zaczynają z powrotem rozjeżdżać. Kładę się na chłodnej, skalistej podłodze. Akurat to musiało się mi przytrafić. Biorę kilka głębszych oddechów, przecierając zaczerwienione oczy. Było blisko... Tak blisko...

Nie mogę jednak leżeć tak w nieskończoność. Nadal zdaję egzamin. Nieważne jak dziwny, pokręcony, irracjonalny i straszny to nadal egzamin. Nic mi się nie może stać - powiedziała dziewczyna, która przed chwilą prawie zemdlała ze strachu.

Idę dalej tunelem, nieufnie spoglądając na ściany po bokach. Z moich ust wydobywa się obłoczek pary. Obejmuję ramiona dłońmi, starając się zachować jak najwięcej ciepła. Kiedy zrobiło się tu tak zimno?

Ściany się rozchylają więc chyba weszłam do jakiegoś większego pomieszczenia. Nagle, na samym środku, zapala się lampa. Obok niej stoi ubrana na czarno, wysoka postać z zasłoniętą kapturem twarzą. Po budowie ciała i sposobie chodzenia, wnioskuję, że to mężczyzna. Stoi w pozycji bojowej i mimo zasłoniętej twarzy, zdaje się doskonale mnie widzieć. Kolejna scena z horroru? Może rzuci na mnie klątwę albo jakieś inne gówno? Podchodzę bliżej lampy.

- Emm… dzień dobry?

Jednak postać nie jest zbytnio chętna do rozmowy. Zamiast odpowiedzi, czuję przeciągły ból w lewym ramieniu. Nawet nie zdążyłam zobaczyć kiedy ten ktoś mnie uderzył.

- Hej, chwila… ja…

Kolejne uderzenie, tym razem udaje mi się zrobić unik, o włos. Nagle zauważam, że podłoga pod nami zaczyna się podnosić coraz wyżej tworząc platformę. Oczekuję zderzenia z sufitem, ale nic takiego się nie dzieje i po prostu jakby nigdy nic jedziemy sobie ogromną windą, nie wiadomo gdzie. Normalka.

Mężczyzna zadaje coraz więcej, coraz szybszych ciosów, uparcie próbując zepchnąć mnie z platformy. Moja strategia polega głównie na robieniu uników i ucieczce, ale gdziekolwiek bym nie poszła, ten zakapturzony koleś idzie za mną. Przez chwilę znajduję się niebezpiecznie blisko krawędzi, ale udaje mi się przekoziołkować w inne miejsce, zanim zostaję zepchnięta przez mężczyznę. Jednak gdy tylko się obracam dostaję mocnego kopniaka w brzuch. Z zaskoczenia otwieram oczy tak szeroko, że mogłyby mi wylecieć z oczodołów. Impet uderzenia sprawia, że ląduję jakieś dwa metry do tyłu. Kulę się na ziemi ściskając za obolały brzuch, z trudem chwytając powietrze. Tajemnicza postać widocznie w końcu zlitowała się nade mną, bo nie okłada mnie już więcej.

Czuję w ustach metaliczny smak krwi, wywołany moim niefortunnym ugryzieniem się w język. Kimkolwiek jest ten facet, dobrze wie jak walczyć. Czuję, że platforma się zatrzymuje. Za plecami mężczyzny widzę schody, którymi zeszłam tu z góry. Wyjście! Niczego w tej chwili tak nie pragnę jak wyjścia z tej piwnicy. Chyba jednak ten typ nie wypuści mnie tak łatwo. Musiałabym go pewnie pokonać, albo wykazać się jakimś heroicznym wyczynem żeby przejść dalej, ale nie mam w tej chwili na to ochoty. Może jednak dałabym radę go wyminąć?

Zrywam się biegnąc prosto ku niemu z przygotowaną do ciosu pięścią. Nie wiem co tak właściwie planuję. Pewnie liczę na to, że po prostu się przesunie, żebym w niego nie wbiegła. Nabieram prędkości, lecz mężczyzna raczej nie ma w planach się przesunąć. Wręcz przeciwnie. Gotowy do odparcia ataku, staje w pozycji bojowej, na rozszerzonych nogach i… To jest właśnie moja szansa. Podnoszę prawą rękę wydając z siebie bojowy okrzyk, jakbym miała w zamiarze go uderzyć i gdy tylko znajduję się na tyle blisko, wykonuję efektywny ślizg tuż pod jego nogami. Nie spoglądając do tyłu, rzucam się do schodów w tempie jakim nigdy jeszcze dotąd nie biegłam. Chyba mnie nie goni, ale nie mam zamiaru tego sprawdzać. Dopadam do drzwi i impetem otwieram je wypadając na otwartą przestrzeń. Kręci mi się w głowie, a nieprzyzwyczajone do słońca oczy, dodatkowo utrudniają mi zachowanie równowagi. Ktoś mnie przechwytuję i mam jedynie nadzieję, że nie jest to ten typ z piwnicy.

piątek, 3 października 2014

My Breath - Rozdzial VI

MY BREATH

ROZDZIAŁ VI

(ALLYSS)


O ile wcześniej tylko kilka osób przyglądało się całe sytuacji, to teraz czuję na sobie spojrzenia całej klasy i jedno zaskoczone spojrzenie trenerki. Allyss, ciebie to już do reszty pojebało?

- A czemuż to chcesz go zastąpić, żołnierzu? - pyta równie zdziwionym jak i poirytowanym głosem trenerka.

No właśnie, Allyss, co teraz?! Przemyślałaś to choć odrobinę? Wiesz co to jest przewidywanie konsekwencji? A może mówił ci ktoś kiedyś najpierw myśl potem mów?

- Ymm… Wydaje mi się, że… - trzeba ratować sytuację. - on jest zbyt wykończony by wykonać zadanie i... o wiele szybciej wrócimy do treningu jeśli go zastąpię!

Niebiesko-szare spojrzenie stara się chyba przedziurawić mi czaszkę na wylot. Podać wiertło? Będzie szybciej. Czuję, że robię się czerwona jak dojrzały pomidor. Przestań się tak na mnie gapić ty stara jędzo! Ja tu próbuję pomóc koledze, nie musisz dodatkowo wlepiać we mnie gał. Nie widziałaś nigdy małpy? Moje gratulacje, dziś spełniły się marzenia.

Jednak oprócz jej wybitnie natrętnego wzroku, muszę też znieść spojrzenia większości uczniów, jak oszczepy wpijające się w moje plecy. Jeszcze raz karcę się w myślach. Idiotka!

- A więc dobrze. - mówi, niebezpiecznie się uśmiechając, po czym odwraca się w stronę białowłosego. - Ty! Wstawaj i dołącz do szeregu!

Leć, żesz człowieku, bo się rozmyślę. Oniemiały chłopak spogląda na mnie z niedowierzaniem wymieszanym ze strachem. Posyłam mu najmilszy na jakie mnie w obecnej chwili stać uśmiech. Oj, wisisz mi czekoladę, chłopie.

- A dla ciebie kochaniutka... - cedzi przez zęby udawanie miłym głosem. - ...połóż swoje marne ścierwo na ziemi i dokańczasz jego zadanie. Skończył na trzydziestu. A reszta, macie przerwę dopóki wasza dobroduszna koleżaneczka nie wykona zadania. Rozejść się!

Zastanawiam się czy na co dzień też wszystkie słowa wypowiada w takim gniewie. To musiałoby być zabawne. ''ZRÓB MI KUBEK BUDYŃKU, ANDRZEJU!'' albo '' KASIU, JAKA PIĘKNA DZIŚ POGODA!''.

Padam na ziemię czekając aż, zacznie mi liczyć. Boże, w co ja się pakowałam? Powinnam zostać debilem roku albo memem w Internecie. Kątem oka widzę, że klasa w większości poszła się napić. Zostali głośno dopingujący mnie Yus, Hana, Hiroshi i bliźniacy, a także Reiko i chłopak, który jest moim dłużnikiem. Serio, nie żartowałam z tą czekoladą.

Do pięćdziesięciu idzie mi całkiem nieźle. No cóż, w gimnazjum to ja z w-f'u prymusem byłam. O ile oczywiście nie dostałam w głowę piłką lekarską, albo nie rozwaliłam sobie kolana na drewnianej posadzce. W każdym razie, nie jest aż tak źle. Jednak mam wrażenie, że im dalej tym moje ciało staje się cięższe. Chyba trochę przeceniłam swoje umiejętności. Allyss, żeś się porwała z motyką na słońce. Czuję jak ze zmęczenia trzęsą mi się ramiona. Najchętniej wskoczyłabym teraz to wanny i wzięła długą, gorącą kąpiel, by pozbyć się potu, który wylewa się teraz ze mnie litrami. Czuję się jak spocony guziec. Przy chyba siedemdziesiątej pompce ręce odmawiają mi posłuszeństwa i padam na twarz głośno sapiąc.

- Poddajesz się, żołnierzu Iwahara? - pyta trenerka, która wyciągnęłaby pewnie sporo satysfakcji gdybym teraz nie wstała.

Nie dam ci jej, ty... wiedźmo jedna ty! Zaciskam zęby i wstaję.

Mimo głośnego strajku mięśni, które pewnie jak wrócę do domu, odwdzięczą mi się pięknym za nadobne, podnoszę się z niesamowitą motywacją i zaraz potem, z powrotem opadam bezsilnie na posadzkę.

No akurat teraz żeście wybrały sobie czas wolny! Było tyle czasu! Mięśnie, proszę! Chyba się ze wstydu spalę jak nie dam rady.

Mięśnie jednak mnie ignorują. (W sumie jak mogłyby mi odpowiedzieć?) Już mam zamiar się serio poddać, zlać to wszystko, no bo w sumie co mogą mi zrobić? Wyleją mnie ze szkoły? Proszę bardzo! Pobawię się w super-moce kiedy indziej.

Podnosząc głowę uchwytuję jeszcze jedno, odmienne spojrzenie. Zimne jak stal i ostre jak brzytwa. Przechodzą mnie ciarki. Shuu spogląda na mnie, lecz zdaje mi się, że w tym z pozoru obojętnym i wrogim spojrzeniu tańczy iskierka nadziei. Jakby oceniał czy jestem w stanie wykonać te cholerne sto pompek.

No bo w końcu muszę mu pokazać, że nie jestem taka znowu słaba i bezbronna. Potrafię zadbać o swój tyłek! Jeszcze ci pokażę, ty... gangsterze spod ciemnej gwiazdy!

- Nie, nie poddaję się. - mówię, oddychając głośno.

Tym razem już naprawdę wstaję i zaciskając zęby robię kolejne pompki. Nie ważne, że jestem na skraju wyczerpania. Nie ważne, że zaraz padnę z wycieńczenia. Jak już coś sobie obiecuję to robię to do ciężkiej cholery!

W złotym spojrzeniu widzę odrobinę aprobaty... Nie obchodzi mnie jego złote spojrzenie, tak?! Teraz mam ważniejsze rzeczy do roboty niż rozmarzanie o jego idealnych rysach twarzy, czarnych, miękkich włosach, wysportowanej sylwetce i... Allyss, pało!

Dobra, bierzemy się! Jeszcze trochę! To w końcu nie sto tylko siedemdziesiąt, bo, Bogu dzięki, zaczynam od trzydziestej. Luzik. Ja nie dam rady? Widzieliście kiedyś moje bary? Moja lewa ręka zabija, a prawej sama się boję!

Dziewięćdziesiąt siedem.

Już blisko.

Dziewięćdziesiąt osiem.

Dajcie mi wody!

Dziewięćdziesiąt dziewięć.

Muszę serio wyglądać jak spocony guziec.

I sto.

Padam na posadzkę tym razem już bez ambicji podniesienia się. Oddycham ciężko, łapczywie zagarniając powietrze. Muszę się napić, ale szatnia jest tak daleko. Mamo, tato, kochałam was, zawsze chciałam żeby…

- Trzymaj.
Przed moimi oczami tańczy butelka z wodą. Chwytam ją jak jakieś dzikie, wygłodzone zwierzę, które po kilkudniowym poście nareszcie widzi jedzenie. Przylegam do dzióbka butelki, spijając prawie całą jej zawartość. Odklejam się dopiero gdy przypominam sobie, że inni też może zechcą się napić.

- Dziękuję. - oddaję butelkę właścicielowi, który okazuje się tym białowłosym chłopakiem.
- To ja dziękuję. - mówi cichym, nieśmiałym głosem.

W życiu nie widziałam kogoś tak uroczego. Nie mówię już o małych dzieciach, ale na jego widok od razu wyskakuje mi banan na twarzy. Nie żeby nie był przystojny, ale on jest... on jest tak słodziachny! Mogłabym go tulić całymi dniami. Zrobię mu kiedyś zdjęcie z ukrycia i powieszę nad łóżkiem. To nie są żadne fetysze! Po prostu kocham wszystko co słodkie i urocze, a ten chłopak jest tego najlepszym przykładem! (dop. kor.: Pedofilia wśród młodzieży.)

- Jestem… Allyss… Iwahara… jak masz na… imię? - nadal nie mogę uspokoić oddechu.

- Akira Okano.

Przyglądam się mu bliżej. Ma czerwoną buzię, ale pewnie w normalnych warunkach jest bardzo blady. Cały jest jakiś taki wybielony. Białe włosy, cera, zęby, jakby przeżył bliskie spotkanie z wybielaczem. Tylko oczy mają nadzwyczaj odmienny kolor, głębokiego różu. Pewnie nosi jakieś specjalne soczewki, ale różowe?

- Naprawdę dziękuję, w życiu nie dałbym rady tego zrobić.

- Szczerze, też już prawie się podda… - czuję jak ktoś łapie mnie od tyłu i stawia na nogi.

- Nieźle się spisałaś, Allyss! - woła Yus, która posiada jakiś niewyżyty zapas energii.

- Spokojnie, narwańcu. - śmieję się, opierając o jej ramię.

Jednak niedługo dane mi jest cieszyć się przerwą, bo zaraz znów słyszymy krzyk nauczycielki, przywołujący nas do porządku. Bieganie było dopiero początkiem, teraz dopiero zacznie się prawdziwa rozgrzewka.

Mimo, że jestem już serio wyczerpana jakoś udaje mi się wykonywać ćwiczenia. Jednak nie daje mi spokoju jedna rzecz. Co chwila czuję na sobie spojrzenia, jednej z dziewczyn. Nie są to spojrzenia ciekawskie ni tym bardziej przychylne. Coś raczej chciałaby mi zedrzeć skórę z pleców. Dyskretnie przesuwam się do Yus, z pytaniem czy zrobiłam coś nie tak lub czy się komuś naraziłam.

- Wątpię, może jedynie trenerka była trochę… jakby to powiedzieć zaskoczona? Ale niby czym miałabyś kogoś obrazić.

- Nie wiem, tak tylko…- staram się jakoś logicznie powiedzieć co myślę.- Wydaje mi się, że ta dziewczyna cały czas się na mnie patrzy…- ruchem głowy wskazuję szczupłą szatynkę, wykonującą właśnie bardzo efektowne skłony. Ale ma boski tyłek! Musiała sporo ćwiczyć. W ogóle cała jest taka kształtna. Yus to samo. W pierwszej strefie są jakieś obowiązkowe ćwiczenia na modelkę?

- A, ta! To Misaki Yamato, taka mała jędza. W gimnazjum zabrała mi chłopaka! W ogóle to chodziła chyba z każdym w szkole. - czyli jedyna rzecz, która interesuje Yus. - Lepiej na nią uważaj, potrafi nieźle namieszać.

- Bo jedyne o czym marzę to prowokować ludzi…

Trenerka pokazuje nam jakieś podstawowe ciosy walki wręcz i każe nam je wykonywać przez następne dziesięć minut. Całkiem nieźle wychodzi mi uderzanie w powietrze, ale gdy przychodzi do celowania w otwarte dłonie Hanki to nie idzie mi już tak fajnie. Znaczy celować - celuję, ale Hana uznaje, że siłą nie powaliłabym nawet mrówki.

Następuje zmiana w parach, a ja ląduję dokładnie naprzeciwko całej tej Misaki. Brązowowłosa dziewczyna z niesamowitym zapałem z całej siły wymierza ciosy w moje obolałe już dłonie. W pewnym momencie jej prawa ręka zmienia tor lotu, kierując się w stronę mojej twarzy. Właściwie w ostatniej chwili robię unik, pozwalając by pięść przemknęła kilka centymetrów od mojego prawej ucha.

- Ups, przepraszam. - mówi, ale w jej głosie nie słychać ani grama skruchy.

- W porządku. - odpowiadam, udając, że nic się nie stało.

Tym razem już o wiele uważniej obserwuję jej ruchy. Nie mam pojęcia czym się naraziłam, ale Misaki ewidentnie ma ochotę mi przyłożyć. Jednak nie jest lepiej gdy następuje zamiana ról i to ja mam zadawać ciosy. Dziewczyna wręcz śmieje mi się w twarz, z każdym moim "uderzeniem". Sama chyba robię się czerwona, nie wiem już czy ze wstydu czy z przemęczenia. Trenerka ogłasza koniec i już wędruję, by zamienić się współćwiczącym, lecz okazuje się, że w tych parach będziemy uczyć się także dźwigni. W kasztanowych oczach Misaki błyszczy jakaś dziwna iskra sadystki.

Rozkładamy materace, choć zastanawiam się czy rzucająca mną dziewczyna będzie w niego celować. No cóż, przekonuję się o tym już kilka chwil później. Misaki kopie mnie od tyłu w łydkę jednocześnie pchając za szyję w drugą stronę, tak jak pokazała nam to trenerka. Z głuchym łoskotem opadam, na szczęście na materac. Rozkoszując się chwilą wytchnienia przyglądam się jak pracuje reszta. Moją uwagę przykuwa niziutka postać Hany, której jak na ironię trafił się Makoto - ten wysoki i trochę przy kości chłopak. Dziewczyna stara się go jakoś znokautować co wygląda wręcz komicznie, gdyż osoby takiej postury nie idzie w żaden sposób powalić. Jednak o dziwo Hana nie traci nadziei i chwyta się go za nogę, chyba próbując go ugryźć.

- Wstajesz, czy będziesz tak leżeć? - pyta opryskliwie Misaki.

Tym razem to ja próbuję ją powalić, lecz idzie mi to cóż… dość opornie. Dziewczyna chyba specjalnie wrosła się w ziemię, starając się pogrążyć mnie jeszcze bardziej.

- Jesteś naprawdę słaba. Kozaczysz się tylko jak na ciebie patrzą, co?

Czyli chodzi jej o te całe pompki. Jak ja jej teraz wyjaśnię, że sama nie do końca wiedziałam co robię? Sama powinnam to sobie najpierw wyjaśnić. Poza tym skąd miałam wiedzieć, że to ją urazi?

Widzę jakby trochę odpuściła i nie stawia już tyle oporu co wcześniej, więc szybkim ruchem udaje mi się sprowadzić ją do parteru. Zaskoczona dziewczyna opada na materac wbijając we mnie nienawistne spojrzenie.

- Ja… przepraszam! - próbuję się jakoś tłumaczyć, lecz momentalnie czuję ból w kostce i ja także ląduje na materacu.

Misaki gwałtownie podnosi się i spogląda na mnie z góry jak na potencjalną ofiarę. Kurde, jesteśmy na treningu, nie na jakimś polu bitwy! Weź żesz na wstrzymanie, kobieto! Męczarnia z dziewczyną wreszcie dobiega końca gdy kończymy ćwiczenie. W głębi serca dziękuję Bogu, użeranie się z tą laską to istne tortury. Jak nie dostaję prawego w ramię, to wylatuje mi z prostym w brzuch. Trenerka Natsune standardowo każe nam ustawić się w szeregu.

- Zaraz rozpocznie się wasza ocena indywidualna. Będziecie podchodzić do mnie osobno, w kolejności alfabetycznej. Za tamtymi drzwiami - wskazuje kciukiem za siebie. - skręcicie w prawo i zejdziecie po schodach. Dalej już sami zobaczycie. Pierwsza osoba wchodzi minutę po tym jak wyjdę, jasne?

- Tak, trenerko! - odpowiadamy chórem.

Kobieta znika w drzwiach, a przy wyjściu ustawia się już jedna z dziewczyn. Siadam na podłogę, to co działo się z moim żołądkiem dzisiaj rano to pikuś. Naprawdę czuję jak robię się zielona. Obok mnie siada także Hana, Yus i Reiko, próbując mnie jakoś pocieszyć.

- Jak myślicie, co tam będzie? - pytam trzęsącym się głosem.

- Nie mam pojęcia, ale nie martw się, mała! Przecież cię nie wywalą. Najwyżej będziesz w słabszej grupie.

- Jakiej słabszej grupie? - teraz to już serio jestem przerażona.

- Będziemy się najpewniej dzielić na grupy - zaawansowana i amatorska. - wtrąca Hiroshi, który nagle zmaterializował się w powietrzu.

Potakuję coś na potwierdzenie przyglądając się jak dziewczyna w różowych włosach z uśmiechem znika na drzwiach. Na twarzy ma wypisane '' to będzie niezła zabawa''. Skoro tak arogancko do tego podchodzi to pewnie dużo potrafi i trafi do grupy zaawansowanej. A co jeśli wszyscy trafią do grupy zaawansowanej tylko ja zostanę w amatorskiej? Co tak właściwie będziemy teraz robić? Może będą nam kazali z kimś walczyć? Albo wypuszczą na nas jakieś dzikie zwierzę. Albo, albo…

- Allyss, spokojnie. - wzdrygam się, gdy Hanako kładzie mi rękę na ramieniu.

Tak, spokojnie. Dramatyzuję jakbym miała zaraz stoczyć walkę o życie. Odpukaj! W sumie nigdy nic nie wiadomo.