sobota, 25 października 2014

My Breath - Rozdzial VIII

Witajcie, kochani! Przed wami już ósmy rozdział My Breath'a! Nie uwierzycie, ale gdy pisałam poprzedni rozdział, stres Allyss udzielił się także mi i normalnie czułam emocje głównej bohaterki. Wiem, jestem głupia, ale bywa... (dop. kor.: masz na bani)

Dziękuję wam, że nadal to czytacie i komentujecie, aczkolwiek cały czas mam wrażenie, że po prostu Hana nabija mi wyświetlenia (dop. kor.: nie prawda... ಠ╭╮ಠ). W takim wypadku, zachęcam was do aktywniejszego komentowania i (co sprawia mi największą radość) obserwowania.


MY BREATH

ROZDZIAŁ VIII

(ALLYSS)


Powoli otwieram oczy, mrugając przy tym kilkadziesiąt razy, by przyzwyczaić się do światła. Yus uśmiecha się radośnie starając doprowadzić mnie do porządku, podczas gdy Hana prowadzi mnie za rękę do parapetu, na którym siadamy. Wokół nas kręci się Hiroshi, który przypomina mi teraz małego, zaaferowanego szczeniaczka, który cieszy się z powrotu właściciela. Swoją drogą, ma naprawdę dużo ze zwierzęcia.

- Co się tam stało? Byłaś tam chyba najdłużej i do tego wybiegłaś jakby cię ktoś gonił.

- Bo gonił, chyba...

- Kto?

- Ten typ, z którym…

- Nie możesz nikomu mówić! - wybucha Hiroshi, który nagle zamienił się w wzorowego ucznia.

- Niby czemu? - spoglądam na niego, zmęczonym wzrokiem. Musze teraz wyglądać jakby mnie kto o 3 nad ranem obudził.

- Nie mówił ci? No wiesz, ten chłopak?

- Nie, nie zdążył. Uciekłam zanim zrzucił mnie z tej cholernej platformy! - mówię z lekkim wyrzutem. Przecież walczyłam tam o życie, a ten mi tu z jakimiś zasadami wyskakuje!

- Jak to... uciekłaś? Przecież miałaś go pokonać!

- A było to gdzieś napisane? - pytam retorycznie. - Ten koleś po prostu stanął mi na drodze, a ja... go po prostu… ominęłam.

Przez chwilę spoglądam na jego śmiertelnie poważną twarz. Z mojego krótkiego doświadczenia wiem, że Hiroshi jest chyba ostatnią osobą, która robi się poważna. Nabieram nawet wątpliwości, że może nie zdałam czy coś źle zrobiłam. Znaczy sama w sobie ucieczka była dość niekonwencjonalnym rozwiązaniem. Pewnie z góry zakładali, że będę się z nim bić. Można uznać, że ich przechytrzyłam. Chcący czy nie chcący, nie ma znaczenia! Jestem mistrzem strategii! Ha ha!

Dzięki bogu, już po chwili na twarzy chłopaka pojawia się ciepły uśmiech, który przeradza się w pełen niedowierzania śmiech. Dołączam się do niego. Wystarczy tylko spojrzeć na jego szczęśliwą twarz i od razu człowiek ma ochotę się roześmiać.

- Ja nie wierzę! - łapię się ręką za czoło. - Rozwaliłaś ich system, pewnie teraz będą mieli trudności, żeby cię gdzieś zakwalifikować.

Nagle przestaje mi być do śmiechu.

- Jak to, będą mieć trudności?!

- Allyss... - zaczyna uspokajająco Yusuko, też nieco rozbawiona. - z tego co mówi Hiroshi, chyba nie spodziewali się takiego zachowania na teście. N- Nie martw się! - dodaje, widząc pewnie, że moja twarz zmienia swój naturalny kolor. - To ich wina, że tego nie dopracowali…

No tak, to ich wina. Ja tylko po prostu wykonałam zadanie. Nie... Nie było żadnego zadania, więc mogłam robić co chciałam. A ja uciekłam. Żołnierz chyba nie powinien się tak zachować... Przecież nie będę mogła tak po prostu uciec z pola bitwy!

Przez resztę czasu, staram się nie myśleć o tamtej sytuacji, nerwowo skrobiąc skórki przy paznokciach. Najważniejsze, że przeżyłam i że nie zostałam rozplaskana na podłodze, ani zgnieciona przez ściany. Do piwnicy schodzą kolejne osoby, aż w końcu przychodzi także czas na Akirę. Trzymamy za niego kciuki, ale w głębi serca trochę się o niego boję. Jest w końcu całkiem drobny jak na chłopaka. Właściwie wzrostem i umięśnieniem jest podobny do mnie. Musimy jednak wierzyć, że jakoś mu się uda. Nie żebyśmy nie kibicowali Yus i Reiko, ale o niego szczególnie się martwię.

Kątem oka zauważam, że gdy Akira spogląda w naszą stronę, Hana robi się całkiem czerwona i odwraca wzrok. Z tego co pamiętam, mówiła, że są razem w parze. Dwa białogłowe niziołki będą napieprzać z karabinów i innych takich. Nie żebym jej nie lubiła! Wyzywam ją tak z miłości. Po kilku minutach w drzwiach znika także Hana, a za nią dziewczyna, która chyba ma na imię Mei, która wyróżnia się od reszty jakąś taką profesjonalną miną.

Długie, proste, czarne włosy powiewają za nią w równym rytmie. Nienagannie wyprasowany mundurek, prosta opaska i szare okulary o wąskich oprawkach, nadają jej wygląd naprawdę mądrej osoby. Takiej, która pochłonęła wszystkie podręczniki i nawet doszukała się w nich błędów. Ciekawe czy będę w stanie się z nią dogadać... Chciałabym zapoznać się z jak największą ilością osób i mam nadzieję, że uda mi się znaleźć z nimi wspólny język.

Dochodzi dwunasta, gdy z piwnicy wychodzi ostatnia osoba. Po kilku minutach czekania, w drzwiach pojawia się także trenerka. Na jej twarzy nie malują się żadne emocje, lecz mam dziwne przeczucie, że pewnie myśli o moim wybryku. Co dziwne z piwnicy wychodzi także ten typ, z którym podobno miałam walczyć. W świetle słonecznym prezentuje się o wiele mniej groźnie, co jednak nie zmienia faktu, że zakryta kapturem twarz wzbudza pewien niepokój. Staje obok trenerki, przybierając heroiczną pozę rodem z kreskówek o super bohaterach.

- Dobra, wasz egzamin przebiegł całkiem zadowalająco, a ze względu na drobne zmiany w kodeksie szkoły, nie będzie podziału na grupę słabszą i lepszą.

Oddycham z ulgą. Jestem świadoma, że należenie do słabszej grupy nie jest niczym złym, jednak liczyłam, że będę mogła trenować razem z Haną, Yusuko i resztą. Dobrze, że podział został zlikwidowany, chociaż po kilku niezbyt zadowolonych minach mogę stwierdzić, że niektórzy mają tu inne zdanie.

Podczas gdy trenerka przeszukuje swoją teczkę pełną papierów, ubrany na czarno osobnik zaczyna wykonywać wyjątkowo specyficzne ruchy. Większość klasy z rozbawieniem się w niego wpatruje, w trakcie gdy pani Natsume kontynuuje swój wykład.

- Jednak nie zmienia to faktu, że trzeba was po przydzielać. Przeprowadzony test z grubsza pomógł nam określić... - kobieta ogląda się za siebie. - Skończyłbyś się wreszcie wydurniać? Zdejmij to cholerstwo, cymbale!

Mój niedoszły oprawca jak oparzony zdejmuje, a raczej zrywa z siebie czarny materiał, który powoli opada na posadzkę. Przed nami ukazuje się uroczy, czarnowłosy chłopak, gorączkowo szamoczący się z płaszczem. Nie podejrzewałam, że tą przerażającą postacią okaże się tak niewinnie wyglądający uczeń.

- Tam w środku był pająk! - mówi, z zapałem depcząc po czarnym materiale.

- Ile ty masz lat, Shino?! - syczy wściekle trenerka.

Chłopak usatysfakcjonowany zabójstwem pająka, obraca się przodem do kobiety i staje na baczność.

- Przepraszam panią bardzo, już skończyłem. - niezrażony jej krzykami, uśmiecha się potulnie jak baranek.

- No, to się ogarnij, chłopie!

Beztroski wyraz twarzy pewnie świadczy o tym, że Shino jest już przyzwyczajony do ciągłych krzyków i skutecznie je zlewa. Bardzo dobre podejście do życia.

- A więc... - kontynuuje trenerka. - Ten egzamin pozwolił nam mniej więcej określić, jaką broń moglibyśmy wam przydzielić do walki. Dopóki nie przebudzicie swoich umiejętności, będziecie ćwiczyli z bronią białą oraz palną. Wtedy przydzielimy wam broń preferowaną, której będziecie używać na misjach.

Po prostu wyobrażam sobie siebie z jakimś wielgachnym mieczem! Najlepiej z dwoma. I ze lśniącą zbroją, odjeżdżającą na białym rumaku w stronę zachodzącego słońca. Taak… (dop. kor.: kids, don't drugs. )

Allyss, skup się! Znowu nie będziesz wiedziała o co chodzi i schrzanisz coś na samym starcie!

W pewnej chwili przechwytuję spojrzenie Shino. Głębokie, błękitne oczy przypatrują się mi, jakby próbowały sobie coś przypomnieć. Podnoszę wzrok i gdy tylko Shino spogląda na moją twarz, zaczyna trząść się ze śmiechu. Musiał sobie przypomnieć mój efektowny ślizg. Tak sobie myślę, że to musiało wyglądać niesamowicie zabawnie z trzeciej osoby. Jakaś małolata szarżująca na niebezpiecznie wyglądającego typa tylko po to żeby w ostatniej chwili prześlizgnąć mu się pod nogami i zapieprzać z powrotem na górę.

Chłopak musi zasłonić usta, by nie roześmiać się na całe gardło. Przypatruję mu się z jeszcze większym rozbawieniem, także ledwo powstrzymując śmiech.

Po wykładzie trenerki, który powinnam była wysłuchać, rozchodzimy się, by zjeść lunch. Byłam przekona, że spędziliśmy tutaj dobre kilkanaście godzin, a tu się okazuje, że dopiero dwunasta! W szatni czeka na mnie przecież całe opakowanie zbożowych ciastek. Raczej się tym nie najem…

Mamy pół godziny przerwy, więc możemy wyjść na zewnątrz, a nawet skoczyć do akademików. Siadam razem z dziewczynami na ławce, tuż przy sali gimnastycznej, z zazdrością przypatrując się pojemniczkowi na jedzenie Yusuko. Nie mam pojęcia jak wcześnie musiała wstać, by zdążyć sobie rano zrobić bento! Hana wcina rozwalającą się w rękach bułę z serem, a Reiko podobnie do mnie skubie opakowanie ciastek. Przynajmniej schudniesz, Allyss.

Niesamowite jak luźno można z nimi rozmawiać. Mają mnóstwo dystansu do siebie i z radością dzielą się swoimi historiami. Yusuko na przykład opowiada jak kiedyś na castingu przejechała na twarzy przez cały wybieg, bo poślizgnęła się o materiał długiej spódnicy. Dopytuję się jak wygląda praca modelki, bo w drugiej strefie, raczej nie odbywają się takie wydarzenia. Z zapałem słucham z jakimi projektantami pracowała Yus u jakich rzeczy dowiedziała się o Europie i Ameryce. Nie wiem gdzie zdobyła te informacje, ale podobno w innych krajach panuje coś co nazwała demokracją. Oznacza to, że każdy obywatel ma prawo głosu. Aż trudno w to uwierzyć!

W pewnym momencie zza rogu wychodzi Shino w towarzystwie Hiroshiego, którzy z zapałem o czymś z nim rozmawiają. Wpatruję się w niego i od razu uśmiecham się na wspomnienie tamtego wydarzenia. Chłopak odwzajemnia uśmiech i podchodzi do nas przedstawiając się.

- Shino Hiyama, miło mi. - podaje nam wszystkim rękę na powitanie. Jego wzrok zatrzymuje się na mnie. - Ty jesteś tą dziewczyną od ślizgu, nie?

Kiwam głową z ściskając jego dłoń. Tylko żeby nie wygadał się nikomu, powtarzam w myślach. Cała szkoła będzie się ze mnie śmiać!

Lecz w oczach Shino widzę spokojną, uspakajającą iskrę, która od początku wzbudza moje zaufanie. Są zbyt szczere, zbyt uprzejme i przyjazne by mogły wyrządzić komuś jakieś świństwo. Te oczy są po prostu… dobre.

- To co zrobiłaś było niesamowite! Nawet trenerka była zaskoczona. Zwijałem się ze śmiechu jeszcze długo po tym! - mówi, uśmiechając się zachęcająco.

- Wyglądałeś tak strasznie, że nie zastanawiałam się zbyt długo nad ucieczką. - także uśmiecham się, robią mu miejsce obok siebie na ławce.

- A właśnie! Przepraszam, że was wtedy tak pobiłem! - drapie się z zakłopotaniem po głowie. - Trenerka zagroziła, że jeśli tego nie zrobię to będę robił dodatkowe okrążenia do końca roku, więc nie miałem zbytnio wyboru.

- Ostro mnie skopałeś, stary. - mówi Hiroshi, który z jakiegoś powodu postanowił usiąść na ziemi. - To było świetne! Nauczyłeś się tego wszystkiego przez rok?

- Yyy… Tak… Pani Natsume jest naprawdę… wymagająca…

- To prawda, że na egzaminie końcowym zginęło tylu uczniów? - wali prosto z mostu Hana.

Granatowe oczy chłopaka natychmiast tracą swój wesoły jak dotąd blask. Shino pochmurnieje, wpatrując się zamyślony w ziemię. Widział przecież śmierć swoich przyjaciół z klasy, taka trauma zostaje do końca życia. Nic więc dziwnego, że przestał się uśmiechać.

Zauważyłam co prawda, że Hana ma niewyparzoną gębę, ale kompletny brak wyczucia? Szturcham ją lekko łokciem dając do zrozumienia jaki nietakt popełniła.

- N-Nie musisz mówić jeśli nie chcesz… - próbuje ratować niezręczną sytuację.

- Nie, nie w porządku. To tylko… - urywa, doprowadzając się do porządku. Na twarzy ponownie pojawia się uśmiech, jednak oczy nie błyszczą już jak wcześniej. - Tak, na egzaminach zginęło o wiele więcej uczniów niż przypuszczali. Ale nie martwcie się! W tym roku macie o wiele więcej czasu na przygotowanie się. Na pewno dacie radę. Po tym co dzisiaj widziałem, jesteście naprawdę nieźli. W tamtym roku chyba nikt nie zdołał przejść bezbłędnie przez wszystkie części testu i pokonać napastnika.

- A w tym roku komuś się udało? - pytam.

- Tak, jednej osobie… Miał na nazwisko chyba... Hayagawa…

niedziela, 19 października 2014

My Breath - Rozdzial VII

Witajcie. Ostatnimi czasy, moja cichutka podświadomość coraz bardziej daje mi się we znaki (czytaj: Hana drze na mnie mordę) (dop. kor. : huehuehuehue). Podsunęła mi pomysł (zmusiła mnie) abym zaczęła dodawać notki od autora! Jestem najwidoczniej zbyt głupia żeby wpaść na to sama... Także, od dnia dzisiejszego, postaram się być bardziej... otwarta? W każdym razie, chciałam wam bardzo serdecznie podziękować za to, że jednak czytacie moje wypociny i co najważniejsze - komentujecie, udzielając mi bardzo istotnych wskazówek! My Breath nie jest co prawda najwyższych lotów, lecz musicie wiedzieć, że wkładam w to całe moje serce. Tak więc serdecznie zapraszam do czytania, komentowania, obserwowania, a także głosowania w ankiecie na najlepszą postać (dop. kor.: Głosujcie na Hanę! >w<). Dobra, koniec paplaniny, zapraszam do lektury!

MY BREATH

ROZDZIAŁ VII

(ALLYSS)


Za drzwiami znika Shuu ze swoją niezmienną, obojętną miną. Od kiedy rozmawialiśmy wtedy w auli, właściwie nie okazywał żadnych emocji. Jakby cały ten trening był poniżej jego godności. Za każdym razem gdy na niego patrzę, czuję jak mi puls przyspiesza, a jakiś cichy głosik w głowie ostrzega przed niebezpieczeństwem. Nic w sumie dziwnego, wygląda jakby się z więzienia urwał. Czarne, buntowniczo zaczesane włosy, wysoki, umięśniony i jeszcze z tym gardzącym spojrzeniem. Strach się bać.
Moje rozmyślania na jego temat przerywa wesoły jak dzieciak Hiroshi, który widocznie napawa się świadomością, że nie może nam powiedzieć o tym co się działo w tamtej piwnicy. Z pełną satysfakcją opowiada, że poszło mu całkiem nieźle i że było strasznie trudno, ale oprócz tego żadnych konkretów. Niewiele można też odczytać po reakcjach innych. Niektórzy wychodzą w panice, bladzi jak ściany, ledwo łapiąc oddech, jakby w piwnicy czaiło się ucieleśnienie ich horrorów, a inni wręcz przeciwnie, zadowoleni, może trochę skrępowani, ale na pewno nie przerażeni jak reszta. Zwykle wracają po kilkunastu minutach, czasem mija trochę więcej. Aż mam wrażenie, już stamtąd nie wrócą. Większość z nich jest albo nieźle poobijanych, albo zlanych potem, co daje mi do myślenia, że pewnie będziemy tam walczyć. Jeśli można osiągnąć szczyt zestresowania, to właśnie został przeze mnie zdobyty.

Na trzęsących nogach ustawiam się przy wyjściu. Mijają minuty, może mi się wydaje, ale tym razem czas jakby specjalnie zwolnił, rozkoszując się moim strachem. Słyszę cichy dźwięk na schodach. Kładę rękę na klamce, po cichu odliczając do dziesięciu. Wdech, wydech, to tylko test. Mniej więcej przy siedmiu, drzwi otwierają się gwałtownie, prawie mnie uderzając. Po raz kolejny czuję na sobie to onieśmielające spojrzenie. Wbijając wzrok w podłogę, staram się przejść obok niego, niezauważona, niewidzialna. Jego groźna aura wydaje się prawie namacalna tak, że mogłabym ją złapać do worka i zamknąć głęboko w piwnicy. Naglę czuję jak duża, pewna dłoń łapie mnie za lewe ramię. Serce z szybkiego bicia, hamuje ostro całkowicie się zatrzymując, nieruchome. Shuu nachyla się blisko, zbyt blisko do mojego ucha, łaskocząc mnie kosmykiem włosów w policzek. Gdybym patrzyła na to z boku, przysięgłabym, że oglądam urwaną scenę z horroru, w którym wampir próbuje wyssać krew ze swojej ofiary. Bardzo kreatywnie, Allyss.

- Idź środkowym korytarzem. Gdy ściany zaczną się przesuwać, wsadź między nie gwoździe. Gdy go spotkasz, nie próbuj walczyć otwarcie. Podejdź do niego od tyłu, a potem uciekaj. - dyktuje mi, zimnym jak lód szeptem.

Kiwam głową delikatnie, próbując odzyskać władzę nad mięśniami. O rajciu, co to za dziwne uczucie? Czy on chce żebym dostała zawału jeszcze przed tym całym egzaminem?! Haha chyba zgubiłam gdzieś po drodze serce, bo nie słyszę jak bije. Hej, serce? Gdzie jesteś? Nie rób sobie jaj i wracaj do mnie! Robię niepewny krok naprzód, by wyrwać się ze stanu kompletnego osłupienia. Słyszę zamykane za sobą drzwi, a na schodach robi się kompletnie ciemno. Wycieram wierzchem dłoni strużkę potu na czole. Co to za typ? Nie wiem jak i czemu, ale sama obecność Shuu sprawia, że podskakuje mi poziom adrenaliny. A co dopiero jego dotyk. Nadal czuję jak moje ramię pulsuje, rozpalone, jakby zostawił na mnie trwałe znamię.

Mówił coś o przesuwających się ścianach i gwoździach. Chwila, jak to przesuwających? I skąd mam wziąć gwoździe?! Jak już mu się wzięło na zwierzenia, to by mógł chociaż się jakoś jaśniej określić. Gwoździe włożyć w ścianę, na luzie.

Ostrożnie stawiam kolejne kroki na cholernie stromych schodach. Co jakiś czas słyszę jakiś szmer, pisk lub inny niepokojący odgłos. Za każdym razem po karku przebiegają mi dreszcze. Sprzątają tu czasem? A może to jakiś element dekoracji? Tak dla zastraszenia... Schody w końcu się kończą, a przede mną rozpościera się kolejny, długi tunel. Idę powoli nieufnie patrząc na chłodne ściany. Nigdzie nie widzę gwoździ. A co jeśli ich nie będzie? Ściany zmiażdżą mnie jak robaka, pozostawiając tylko czerwoną plamę? Allyss-robak, to by było ciekawe. Może dżdżownicą? Albo żuczkiem gnojaczkiem...

Rozmyślania na temat mojej śmierci i ewentualnej przemiany w robaka, przerywa mi jakiś trzask, tuż za mną. Odwracam się gwałtownie, lecz niczego tam nie ma. Przynajmniej niczego co mogę dojrzeć w kompletnych ciemnościach, więc może być tam wszystko. Z tego, co dzisiaj widziałam, ''wszystko'' może równie dobrze oznaczać trola albo wielkiego ogra. Bóg wie co.

Mam w sumie dwa wyjścia. Albo zacząć z tym czymś walczyć, co z pewnością nie będzie ciekawym doświadczeniem, albo mogę uciekać. No cóż wybór chyba oczywisty, biorę nogi za pas i rzucam się w długą, ale prawie natychmiast wywalam się o jakiś długi metalowy pręt. Podnoszę go, a podłużny przedmiot okazuje się łomem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wziąć go ze sobą? Jest dość ciężki, jeśli przyjdzie mi uciekać to raczej długo z nim nie pociągnę, ale jeśli ktoś mnie zaatakuje, to będę mogła go tym zdzielić.

Chwila, jesteśmy w szkole. Miałabym zdzielić łomem nauczyciela? I jak będę się z tego potem tłumaczyć? Po chwili rozważań, postanawiam go jednak zostawić na miejscu. Dla bezpieczeństwa swojego i innych. Nawet gdyby przyszło mi walczyć, to prędzej udałoby mi się tym zabić. Idę przez korytarz, nadal pełna sprzecznych emocji. Może jednak nie został tu pozostawiony przypadkiem? Allyss, kurwa, kto normalny zostawiałby łom w takim miejscu?! To chyba jasne, że będzie potrzebny! Postanawiam się wrócić, lecz po kilku krokach, czuję jak podłoga zaczyna się pode mną trząść. Ech, było się tyle wczoraj nie napychać, ale żeby całe piętro miało się zawalić? Nie mam nawet czasu by zareagować, a już spadam wywijając nogami w powietrzu. Z moich ust wydobywa się głuchy krzyk, tłumiony przez wąskie ściany. W takich sytuacjach człowiek nie myśli jasno. Może właśnie to sprawdzają? Czy potrafimy zachować zimną krew w sytuacjach zagrażających życiu? To chyba dość ważna cecha żołnierza.

Jeśli uderzę z takiej wysokości w ziemię, nie ma szans na przeżycie. Ale jeśli dałabym radę jakoś zwolnić? Ta dziura bardziej przypomina, wąski szyb wentylacyjny. Mogłabym zahamować. Czym? Łomem. A łom gdzie? Został na górze. Mam ochotę przyłożyć sobie w twarz. Mogłam go wziąć od razu! Dobra, jak nie łomem to czym? Nie mam nic przy sobie, więc zostają nogi.

Rozstawiam stopy szorując butami o ściany. Czuję ból w kościach i smród przypalanej podeszwy. Towarzyszący temu pisk jest porównywalny do skrobania paznokciem po tablicy, tylko jakieś tysiąc gorsze. Przynajmniej zwalniam na tyle by móc spokojnie myśleć dalej. W takim tempie spadania chyba nic mi nie grozi. Tamten łom zaoszczędził by mi na pewno trochę bólu i nowych butów, ale przynajmniej będę żyć. Na razie.

W pewnym momencie przestaję czuć ściany pod stopami, ale nadal nie widzę podłogi. Cholera, cholera, cholera, może w szybie było jakieś wyjście? Nie chcę ginąć, jeszcze nie. Będą płacić mi odszkodowanie! Ku mojemu zaskoczeniu, nie spadam na twardą ziemię, a na miękką siatkę, która odbija mnie jak trampolina, w górę i w dół. Czyli nawet jeślibym nie zahamowała, nie stałoby mi się nic złego? Czuję ulgę, ale jednocześnie zdenerwowanie… Kto, do cholery jasnej wymyśla takie zadania?! Ten ktoś pewnie teraz wszystko obserwuje i zwija się ze śmiechu. O rany. Oceniane jest pewnie jak zareagowałam. Pewnie nikt nie brał pod uwagi możliwości, że zahamuję butami. Robię się czerwona. Odstawiam tu niezły cyrk, a jeszcze brakowało, by cała kadra to zobaczyła.

W końcu przestaję odbijać się od siatki i mogę spokojnie zejść na ziemię. Na ścianie wisi mała lampa naftowa, oświetlająca pomieszczenie słabą poświatą. Szare ściany nadają temu pomieszczeniu jeszcze bardziej przygnębiający i ponury wygląd niż zdawało się na początku. Wygląda jak przedwojenny schron, a nie jak sale szkoleniowe w nowoczesnym liceum. Na przeciw mnie, rozpościerają się trzy tunele, przy których ustawione są trzy postumenty przedstawiające lwa, węża i sowę. Wszystkie wpatrują się we mnie kamiennym wzrokiem, dzięki któremu po raz kolejny przechodzą mnie ciarki. Jeśli ma to być odzwierciedlenie mojego charakteru to z chęcią wybrałabym mysz albo szczura.

Shuu mówił, żebym poszła środkowym korytarzem. Nie wiem czemu, ale jego słowa wydawały się być naprawdę wiarygodne. Chyba, że chce się mnie pozbyć i znaleźć jakiegoś innego partnera, co w sumie byłoby całkiem niezłym rozwiązaniem. Nie. Nie wolno mi tak myśleć. Shuu chciał mi pomóc, inaczej nie powiedziałby mi o tych gwoździach. Muszę w niego uwierzyć. Muszę uwierzyć w swoje wątpliwe umiejętności. Idę w głąb tunelu starając się uniknąć wzroku kamiennego węża, który strzeże jego wejścia. Na razie jest okej, w porządku, tylko kolejny ciemny tunel, nie wiadomo jak długi i nie wiadomo co skrywający. Trzymając się prawą ręką ściany, zauważam, że za zakrętem znajduje się mała pochodnia. Rzucam się bez namysłu w jej kierunku. Jednak zanim jeszcze udaje mi się nacieszyć jej blaskiem, słyszę, a raczej czuję, jak ściany tunelu zaczynają się przybliżać.

Radość momentalnie ustępuje przerażeniu. Z pośród długiej listy lęków jakie posiadam najbardziej boję się małych pomieszczeń. Ciemnych, małych pomieszczeń. Od kilku lat źle znoszę przebywanie w schowkach, na strychach czy piwnicach. Sam tunel nie przyprawiał mnie o aż taki lęk, bo wiedziałam, że ma wyjście i jest długi, ale teraz wyjścia już nie ma.

Nie ma...

Strach przyspiesza oddech, opanowuje całe ciało, wdziera się do mózgu niszcząc narządy odpowiadające za racjonalne myślenie. Echo unosi moje histeryczne pokrzykiwania. Kucam, łapię się rękami za głowę i z całej siły zaciskam oczy. To się nie dzieje naprawdę. Obudź się Allyss, do cholery! Zaraz mnie zgniecie. Najgorsza z możliwych sytuacji właśnie ma miejsce ze mną w roli głównej.

Zaraz mnie zgniecie.

Nie potrafię się nawet zmobilizować do jakiegokolwiek działania! Zawsze w takich sytuacjach jest ze mną ktoś, kto mnie uspokaja. Mama, tata, brat, ktokolwiek, teraz jestem zdana wyłącznie na siebie. Nagle, poza moimi krzykami, słyszę cichy metaliczny głos przy ścianie. Otwieram oczy przyglądając się małym przedmiotom, turlającym się po podłodze. Gwoździe! Shuu mówił, żeby wsadzić w ściany gwoździe!

Gwałtownie opadam na kolana, histerycznie przeszukując podłogę. Łapię w dłonie kilka małych gwoździ, które z zapałem próbuję wsadzić między ziemię, a ściany. Jednak ręce trzęsą mi się tak mocno, że nie jestem w stanie ich zatrzymać. Nic nie widzę, już nie tylko przez słabe światło, nazbierane do oczu łzy całkowicie odbierają mi widoczność. Nie chcę płakać, nie mogę, nie teraz. Czuję tylko, że ściany są już bardzo blisko. Na tyle, że gwoździe na niewiele się już zdadzą.

Rozpaczliwie opieram się plecami o zimną ścianę, próbując zatrzymać drugą. Nie ma to większego sensu, ale w tej sytuacji nie stać mnie na nic bardziej ambitnego. Szlochając, próbuję odepchnąć ją od siebie. Już prawie dotykam kolanami czoła, gdy nagle, ściany się zatrzymują, a nawet zaczynają z powrotem rozjeżdżać. Kładę się na chłodnej, skalistej podłodze. Akurat to musiało się mi przytrafić. Biorę kilka głębszych oddechów, przecierając zaczerwienione oczy. Było blisko... Tak blisko...

Nie mogę jednak leżeć tak w nieskończoność. Nadal zdaję egzamin. Nieważne jak dziwny, pokręcony, irracjonalny i straszny to nadal egzamin. Nic mi się nie może stać - powiedziała dziewczyna, która przed chwilą prawie zemdlała ze strachu.

Idę dalej tunelem, nieufnie spoglądając na ściany po bokach. Z moich ust wydobywa się obłoczek pary. Obejmuję ramiona dłońmi, starając się zachować jak najwięcej ciepła. Kiedy zrobiło się tu tak zimno?

Ściany się rozchylają więc chyba weszłam do jakiegoś większego pomieszczenia. Nagle, na samym środku, zapala się lampa. Obok niej stoi ubrana na czarno, wysoka postać z zasłoniętą kapturem twarzą. Po budowie ciała i sposobie chodzenia, wnioskuję, że to mężczyzna. Stoi w pozycji bojowej i mimo zasłoniętej twarzy, zdaje się doskonale mnie widzieć. Kolejna scena z horroru? Może rzuci na mnie klątwę albo jakieś inne gówno? Podchodzę bliżej lampy.

- Emm… dzień dobry?

Jednak postać nie jest zbytnio chętna do rozmowy. Zamiast odpowiedzi, czuję przeciągły ból w lewym ramieniu. Nawet nie zdążyłam zobaczyć kiedy ten ktoś mnie uderzył.

- Hej, chwila… ja…

Kolejne uderzenie, tym razem udaje mi się zrobić unik, o włos. Nagle zauważam, że podłoga pod nami zaczyna się podnosić coraz wyżej tworząc platformę. Oczekuję zderzenia z sufitem, ale nic takiego się nie dzieje i po prostu jakby nigdy nic jedziemy sobie ogromną windą, nie wiadomo gdzie. Normalka.

Mężczyzna zadaje coraz więcej, coraz szybszych ciosów, uparcie próbując zepchnąć mnie z platformy. Moja strategia polega głównie na robieniu uników i ucieczce, ale gdziekolwiek bym nie poszła, ten zakapturzony koleś idzie za mną. Przez chwilę znajduję się niebezpiecznie blisko krawędzi, ale udaje mi się przekoziołkować w inne miejsce, zanim zostaję zepchnięta przez mężczyznę. Jednak gdy tylko się obracam dostaję mocnego kopniaka w brzuch. Z zaskoczenia otwieram oczy tak szeroko, że mogłyby mi wylecieć z oczodołów. Impet uderzenia sprawia, że ląduję jakieś dwa metry do tyłu. Kulę się na ziemi ściskając za obolały brzuch, z trudem chwytając powietrze. Tajemnicza postać widocznie w końcu zlitowała się nade mną, bo nie okłada mnie już więcej.

Czuję w ustach metaliczny smak krwi, wywołany moim niefortunnym ugryzieniem się w język. Kimkolwiek jest ten facet, dobrze wie jak walczyć. Czuję, że platforma się zatrzymuje. Za plecami mężczyzny widzę schody, którymi zeszłam tu z góry. Wyjście! Niczego w tej chwili tak nie pragnę jak wyjścia z tej piwnicy. Chyba jednak ten typ nie wypuści mnie tak łatwo. Musiałabym go pewnie pokonać, albo wykazać się jakimś heroicznym wyczynem żeby przejść dalej, ale nie mam w tej chwili na to ochoty. Może jednak dałabym radę go wyminąć?

Zrywam się biegnąc prosto ku niemu z przygotowaną do ciosu pięścią. Nie wiem co tak właściwie planuję. Pewnie liczę na to, że po prostu się przesunie, żebym w niego nie wbiegła. Nabieram prędkości, lecz mężczyzna raczej nie ma w planach się przesunąć. Wręcz przeciwnie. Gotowy do odparcia ataku, staje w pozycji bojowej, na rozszerzonych nogach i… To jest właśnie moja szansa. Podnoszę prawą rękę wydając z siebie bojowy okrzyk, jakbym miała w zamiarze go uderzyć i gdy tylko znajduję się na tyle blisko, wykonuję efektywny ślizg tuż pod jego nogami. Nie spoglądając do tyłu, rzucam się do schodów w tempie jakim nigdy jeszcze dotąd nie biegłam. Chyba mnie nie goni, ale nie mam zamiaru tego sprawdzać. Dopadam do drzwi i impetem otwieram je wypadając na otwartą przestrzeń. Kręci mi się w głowie, a nieprzyzwyczajone do słońca oczy, dodatkowo utrudniają mi zachowanie równowagi. Ktoś mnie przechwytuję i mam jedynie nadzieję, że nie jest to ten typ z piwnicy.

piątek, 3 października 2014

My Breath - Rozdzial VI

MY BREATH

ROZDZIAŁ VI

(ALLYSS)


O ile wcześniej tylko kilka osób przyglądało się całe sytuacji, to teraz czuję na sobie spojrzenia całej klasy i jedno zaskoczone spojrzenie trenerki. Allyss, ciebie to już do reszty pojebało?

- A czemuż to chcesz go zastąpić, żołnierzu? - pyta równie zdziwionym jak i poirytowanym głosem trenerka.

No właśnie, Allyss, co teraz?! Przemyślałaś to choć odrobinę? Wiesz co to jest przewidywanie konsekwencji? A może mówił ci ktoś kiedyś najpierw myśl potem mów?

- Ymm… Wydaje mi się, że… - trzeba ratować sytuację. - on jest zbyt wykończony by wykonać zadanie i... o wiele szybciej wrócimy do treningu jeśli go zastąpię!

Niebiesko-szare spojrzenie stara się chyba przedziurawić mi czaszkę na wylot. Podać wiertło? Będzie szybciej. Czuję, że robię się czerwona jak dojrzały pomidor. Przestań się tak na mnie gapić ty stara jędzo! Ja tu próbuję pomóc koledze, nie musisz dodatkowo wlepiać we mnie gał. Nie widziałaś nigdy małpy? Moje gratulacje, dziś spełniły się marzenia.

Jednak oprócz jej wybitnie natrętnego wzroku, muszę też znieść spojrzenia większości uczniów, jak oszczepy wpijające się w moje plecy. Jeszcze raz karcę się w myślach. Idiotka!

- A więc dobrze. - mówi, niebezpiecznie się uśmiechając, po czym odwraca się w stronę białowłosego. - Ty! Wstawaj i dołącz do szeregu!

Leć, żesz człowieku, bo się rozmyślę. Oniemiały chłopak spogląda na mnie z niedowierzaniem wymieszanym ze strachem. Posyłam mu najmilszy na jakie mnie w obecnej chwili stać uśmiech. Oj, wisisz mi czekoladę, chłopie.

- A dla ciebie kochaniutka... - cedzi przez zęby udawanie miłym głosem. - ...połóż swoje marne ścierwo na ziemi i dokańczasz jego zadanie. Skończył na trzydziestu. A reszta, macie przerwę dopóki wasza dobroduszna koleżaneczka nie wykona zadania. Rozejść się!

Zastanawiam się czy na co dzień też wszystkie słowa wypowiada w takim gniewie. To musiałoby być zabawne. ''ZRÓB MI KUBEK BUDYŃKU, ANDRZEJU!'' albo '' KASIU, JAKA PIĘKNA DZIŚ POGODA!''.

Padam na ziemię czekając aż, zacznie mi liczyć. Boże, w co ja się pakowałam? Powinnam zostać debilem roku albo memem w Internecie. Kątem oka widzę, że klasa w większości poszła się napić. Zostali głośno dopingujący mnie Yus, Hana, Hiroshi i bliźniacy, a także Reiko i chłopak, który jest moim dłużnikiem. Serio, nie żartowałam z tą czekoladą.

Do pięćdziesięciu idzie mi całkiem nieźle. No cóż, w gimnazjum to ja z w-f'u prymusem byłam. O ile oczywiście nie dostałam w głowę piłką lekarską, albo nie rozwaliłam sobie kolana na drewnianej posadzce. W każdym razie, nie jest aż tak źle. Jednak mam wrażenie, że im dalej tym moje ciało staje się cięższe. Chyba trochę przeceniłam swoje umiejętności. Allyss, żeś się porwała z motyką na słońce. Czuję jak ze zmęczenia trzęsą mi się ramiona. Najchętniej wskoczyłabym teraz to wanny i wzięła długą, gorącą kąpiel, by pozbyć się potu, który wylewa się teraz ze mnie litrami. Czuję się jak spocony guziec. Przy chyba siedemdziesiątej pompce ręce odmawiają mi posłuszeństwa i padam na twarz głośno sapiąc.

- Poddajesz się, żołnierzu Iwahara? - pyta trenerka, która wyciągnęłaby pewnie sporo satysfakcji gdybym teraz nie wstała.

Nie dam ci jej, ty... wiedźmo jedna ty! Zaciskam zęby i wstaję.

Mimo głośnego strajku mięśni, które pewnie jak wrócę do domu, odwdzięczą mi się pięknym za nadobne, podnoszę się z niesamowitą motywacją i zaraz potem, z powrotem opadam bezsilnie na posadzkę.

No akurat teraz żeście wybrały sobie czas wolny! Było tyle czasu! Mięśnie, proszę! Chyba się ze wstydu spalę jak nie dam rady.

Mięśnie jednak mnie ignorują. (W sumie jak mogłyby mi odpowiedzieć?) Już mam zamiar się serio poddać, zlać to wszystko, no bo w sumie co mogą mi zrobić? Wyleją mnie ze szkoły? Proszę bardzo! Pobawię się w super-moce kiedy indziej.

Podnosząc głowę uchwytuję jeszcze jedno, odmienne spojrzenie. Zimne jak stal i ostre jak brzytwa. Przechodzą mnie ciarki. Shuu spogląda na mnie, lecz zdaje mi się, że w tym z pozoru obojętnym i wrogim spojrzeniu tańczy iskierka nadziei. Jakby oceniał czy jestem w stanie wykonać te cholerne sto pompek.

No bo w końcu muszę mu pokazać, że nie jestem taka znowu słaba i bezbronna. Potrafię zadbać o swój tyłek! Jeszcze ci pokażę, ty... gangsterze spod ciemnej gwiazdy!

- Nie, nie poddaję się. - mówię, oddychając głośno.

Tym razem już naprawdę wstaję i zaciskając zęby robię kolejne pompki. Nie ważne, że jestem na skraju wyczerpania. Nie ważne, że zaraz padnę z wycieńczenia. Jak już coś sobie obiecuję to robię to do ciężkiej cholery!

W złotym spojrzeniu widzę odrobinę aprobaty... Nie obchodzi mnie jego złote spojrzenie, tak?! Teraz mam ważniejsze rzeczy do roboty niż rozmarzanie o jego idealnych rysach twarzy, czarnych, miękkich włosach, wysportowanej sylwetce i... Allyss, pało!

Dobra, bierzemy się! Jeszcze trochę! To w końcu nie sto tylko siedemdziesiąt, bo, Bogu dzięki, zaczynam od trzydziestej. Luzik. Ja nie dam rady? Widzieliście kiedyś moje bary? Moja lewa ręka zabija, a prawej sama się boję!

Dziewięćdziesiąt siedem.

Już blisko.

Dziewięćdziesiąt osiem.

Dajcie mi wody!

Dziewięćdziesiąt dziewięć.

Muszę serio wyglądać jak spocony guziec.

I sto.

Padam na posadzkę tym razem już bez ambicji podniesienia się. Oddycham ciężko, łapczywie zagarniając powietrze. Muszę się napić, ale szatnia jest tak daleko. Mamo, tato, kochałam was, zawsze chciałam żeby…

- Trzymaj.
Przed moimi oczami tańczy butelka z wodą. Chwytam ją jak jakieś dzikie, wygłodzone zwierzę, które po kilkudniowym poście nareszcie widzi jedzenie. Przylegam do dzióbka butelki, spijając prawie całą jej zawartość. Odklejam się dopiero gdy przypominam sobie, że inni też może zechcą się napić.

- Dziękuję. - oddaję butelkę właścicielowi, który okazuje się tym białowłosym chłopakiem.
- To ja dziękuję. - mówi cichym, nieśmiałym głosem.

W życiu nie widziałam kogoś tak uroczego. Nie mówię już o małych dzieciach, ale na jego widok od razu wyskakuje mi banan na twarzy. Nie żeby nie był przystojny, ale on jest... on jest tak słodziachny! Mogłabym go tulić całymi dniami. Zrobię mu kiedyś zdjęcie z ukrycia i powieszę nad łóżkiem. To nie są żadne fetysze! Po prostu kocham wszystko co słodkie i urocze, a ten chłopak jest tego najlepszym przykładem! (dop. kor.: Pedofilia wśród młodzieży.)

- Jestem… Allyss… Iwahara… jak masz na… imię? - nadal nie mogę uspokoić oddechu.

- Akira Okano.

Przyglądam się mu bliżej. Ma czerwoną buzię, ale pewnie w normalnych warunkach jest bardzo blady. Cały jest jakiś taki wybielony. Białe włosy, cera, zęby, jakby przeżył bliskie spotkanie z wybielaczem. Tylko oczy mają nadzwyczaj odmienny kolor, głębokiego różu. Pewnie nosi jakieś specjalne soczewki, ale różowe?

- Naprawdę dziękuję, w życiu nie dałbym rady tego zrobić.

- Szczerze, też już prawie się podda… - czuję jak ktoś łapie mnie od tyłu i stawia na nogi.

- Nieźle się spisałaś, Allyss! - woła Yus, która posiada jakiś niewyżyty zapas energii.

- Spokojnie, narwańcu. - śmieję się, opierając o jej ramię.

Jednak niedługo dane mi jest cieszyć się przerwą, bo zaraz znów słyszymy krzyk nauczycielki, przywołujący nas do porządku. Bieganie było dopiero początkiem, teraz dopiero zacznie się prawdziwa rozgrzewka.

Mimo, że jestem już serio wyczerpana jakoś udaje mi się wykonywać ćwiczenia. Jednak nie daje mi spokoju jedna rzecz. Co chwila czuję na sobie spojrzenia, jednej z dziewczyn. Nie są to spojrzenia ciekawskie ni tym bardziej przychylne. Coś raczej chciałaby mi zedrzeć skórę z pleców. Dyskretnie przesuwam się do Yus, z pytaniem czy zrobiłam coś nie tak lub czy się komuś naraziłam.

- Wątpię, może jedynie trenerka była trochę… jakby to powiedzieć zaskoczona? Ale niby czym miałabyś kogoś obrazić.

- Nie wiem, tak tylko…- staram się jakoś logicznie powiedzieć co myślę.- Wydaje mi się, że ta dziewczyna cały czas się na mnie patrzy…- ruchem głowy wskazuję szczupłą szatynkę, wykonującą właśnie bardzo efektowne skłony. Ale ma boski tyłek! Musiała sporo ćwiczyć. W ogóle cała jest taka kształtna. Yus to samo. W pierwszej strefie są jakieś obowiązkowe ćwiczenia na modelkę?

- A, ta! To Misaki Yamato, taka mała jędza. W gimnazjum zabrała mi chłopaka! W ogóle to chodziła chyba z każdym w szkole. - czyli jedyna rzecz, która interesuje Yus. - Lepiej na nią uważaj, potrafi nieźle namieszać.

- Bo jedyne o czym marzę to prowokować ludzi…

Trenerka pokazuje nam jakieś podstawowe ciosy walki wręcz i każe nam je wykonywać przez następne dziesięć minut. Całkiem nieźle wychodzi mi uderzanie w powietrze, ale gdy przychodzi do celowania w otwarte dłonie Hanki to nie idzie mi już tak fajnie. Znaczy celować - celuję, ale Hana uznaje, że siłą nie powaliłabym nawet mrówki.

Następuje zmiana w parach, a ja ląduję dokładnie naprzeciwko całej tej Misaki. Brązowowłosa dziewczyna z niesamowitym zapałem z całej siły wymierza ciosy w moje obolałe już dłonie. W pewnym momencie jej prawa ręka zmienia tor lotu, kierując się w stronę mojej twarzy. Właściwie w ostatniej chwili robię unik, pozwalając by pięść przemknęła kilka centymetrów od mojego prawej ucha.

- Ups, przepraszam. - mówi, ale w jej głosie nie słychać ani grama skruchy.

- W porządku. - odpowiadam, udając, że nic się nie stało.

Tym razem już o wiele uważniej obserwuję jej ruchy. Nie mam pojęcia czym się naraziłam, ale Misaki ewidentnie ma ochotę mi przyłożyć. Jednak nie jest lepiej gdy następuje zamiana ról i to ja mam zadawać ciosy. Dziewczyna wręcz śmieje mi się w twarz, z każdym moim "uderzeniem". Sama chyba robię się czerwona, nie wiem już czy ze wstydu czy z przemęczenia. Trenerka ogłasza koniec i już wędruję, by zamienić się współćwiczącym, lecz okazuje się, że w tych parach będziemy uczyć się także dźwigni. W kasztanowych oczach Misaki błyszczy jakaś dziwna iskra sadystki.

Rozkładamy materace, choć zastanawiam się czy rzucająca mną dziewczyna będzie w niego celować. No cóż, przekonuję się o tym już kilka chwil później. Misaki kopie mnie od tyłu w łydkę jednocześnie pchając za szyję w drugą stronę, tak jak pokazała nam to trenerka. Z głuchym łoskotem opadam, na szczęście na materac. Rozkoszując się chwilą wytchnienia przyglądam się jak pracuje reszta. Moją uwagę przykuwa niziutka postać Hany, której jak na ironię trafił się Makoto - ten wysoki i trochę przy kości chłopak. Dziewczyna stara się go jakoś znokautować co wygląda wręcz komicznie, gdyż osoby takiej postury nie idzie w żaden sposób powalić. Jednak o dziwo Hana nie traci nadziei i chwyta się go za nogę, chyba próbując go ugryźć.

- Wstajesz, czy będziesz tak leżeć? - pyta opryskliwie Misaki.

Tym razem to ja próbuję ją powalić, lecz idzie mi to cóż… dość opornie. Dziewczyna chyba specjalnie wrosła się w ziemię, starając się pogrążyć mnie jeszcze bardziej.

- Jesteś naprawdę słaba. Kozaczysz się tylko jak na ciebie patrzą, co?

Czyli chodzi jej o te całe pompki. Jak ja jej teraz wyjaśnię, że sama nie do końca wiedziałam co robię? Sama powinnam to sobie najpierw wyjaśnić. Poza tym skąd miałam wiedzieć, że to ją urazi?

Widzę jakby trochę odpuściła i nie stawia już tyle oporu co wcześniej, więc szybkim ruchem udaje mi się sprowadzić ją do parteru. Zaskoczona dziewczyna opada na materac wbijając we mnie nienawistne spojrzenie.

- Ja… przepraszam! - próbuję się jakoś tłumaczyć, lecz momentalnie czuję ból w kostce i ja także ląduje na materacu.

Misaki gwałtownie podnosi się i spogląda na mnie z góry jak na potencjalną ofiarę. Kurde, jesteśmy na treningu, nie na jakimś polu bitwy! Weź żesz na wstrzymanie, kobieto! Męczarnia z dziewczyną wreszcie dobiega końca gdy kończymy ćwiczenie. W głębi serca dziękuję Bogu, użeranie się z tą laską to istne tortury. Jak nie dostaję prawego w ramię, to wylatuje mi z prostym w brzuch. Trenerka Natsune standardowo każe nam ustawić się w szeregu.

- Zaraz rozpocznie się wasza ocena indywidualna. Będziecie podchodzić do mnie osobno, w kolejności alfabetycznej. Za tamtymi drzwiami - wskazuje kciukiem za siebie. - skręcicie w prawo i zejdziecie po schodach. Dalej już sami zobaczycie. Pierwsza osoba wchodzi minutę po tym jak wyjdę, jasne?

- Tak, trenerko! - odpowiadamy chórem.

Kobieta znika w drzwiach, a przy wyjściu ustawia się już jedna z dziewczyn. Siadam na podłogę, to co działo się z moim żołądkiem dzisiaj rano to pikuś. Naprawdę czuję jak robię się zielona. Obok mnie siada także Hana, Yus i Reiko, próbując mnie jakoś pocieszyć.

- Jak myślicie, co tam będzie? - pytam trzęsącym się głosem.

- Nie mam pojęcia, ale nie martw się, mała! Przecież cię nie wywalą. Najwyżej będziesz w słabszej grupie.

- Jakiej słabszej grupie? - teraz to już serio jestem przerażona.

- Będziemy się najpewniej dzielić na grupy - zaawansowana i amatorska. - wtrąca Hiroshi, który nagle zmaterializował się w powietrzu.

Potakuję coś na potwierdzenie przyglądając się jak dziewczyna w różowych włosach z uśmiechem znika na drzwiach. Na twarzy ma wypisane '' to będzie niezła zabawa''. Skoro tak arogancko do tego podchodzi to pewnie dużo potrafi i trafi do grupy zaawansowanej. A co jeśli wszyscy trafią do grupy zaawansowanej tylko ja zostanę w amatorskiej? Co tak właściwie będziemy teraz robić? Może będą nam kazali z kimś walczyć? Albo wypuszczą na nas jakieś dzikie zwierzę. Albo, albo…

- Allyss, spokojnie. - wzdrygam się, gdy Hanako kładzie mi rękę na ramieniu.

Tak, spokojnie. Dramatyzuję jakbym miała zaraz stoczyć walkę o życie. Odpukaj! W sumie nigdy nic nie wiadomo.

wtorek, 23 września 2014

My Breath - Rozdzial V

MY BREATH

ROZDZIAŁ V

(ALLYSS)


Rany boskie! Chyba bardziej będę się obawiać zagrożenia z jego strony niż ze strony rozwścieczonego niedźwiedzia! Po raz kolejny uchwytuję spojrzenie czarnowłosego chłopaka, chyba niezbyt zadowolonego z przydziału. Chciałabym się teraz zapaść pod ziemię, byleby tylko uniknąć jego wzroku. Pewnie już z góry zakłada, że będę tylko kulą u nogi. Nie mam mu tego za złe, bo pewnie tak będzie. Nie dość, że musiał mi ratować tyłek jeszcze przed rozpoczęciem szkoły, to teraz przez resztę roku będzie się musiał ze mną użerać. Mam ochotę go przepraszać za ten durny przydział i za to, że będę mu zawadzać. Wczoraj próbował być miły, ale pewnie nie oczekiwał, że będę mu towarzyszyć przez resztę liceum. Ale mam pecha…

Ośrodek treningowy znajduje się mniej więcej w połowie drogi między szkołą, a naszymi akademikami. W drodze kilka razy zbieram się na to by zagadać do niego i przeprosić, albo chociaż poinformować, że mu się nie przydam i będę tylko przeszkadzać, ale nie wiem czy sam jego wygląd czy aura nie pozwalają mi do niego podejść. Postanawiam sobie, że potem go znajdę i porozmawiam, ale nie wiem czy przypadkiem nie rzucam słowa na wiatr, bo, na litość boską, boję się nawet na niego spojrzeć.


Ośrodek szkoleniowy prezentuje się w miarę zwyczajnie, po prostu wielka sala gimnastyczna z balkonem z trybunami, drabinkami i liniami wydzielającymi boiska do piłki nożnej, ręcznej, koszykówki i pewnie wielu innych. Po bokach znajdują się drzwi do szatni do których się udajemy. Wyciągam z torby lekko zmięty strój treningowy i butelkę wody. Z moją ‘’wybitną’’ kondycją jedna może nie starczyć… Zakładam czarną, szeroką bokserkę z białym numerem 11, w której wyglądam jak worek na ziemniaki i czarne, krótkie, szerokie spodenki na gumkę. Spoglądam po reszcie dziewczyn. Czemu one prezentują się w tym tak dobrze?! Nawet niższa ode mnie Hana wygląda jakby strój idealnie do niej pasował mimo, że jest na nią o jakieś sześć rozmiarów za duży. Trochę przygaszona odwracam się, by założyć również czarne buty. Przynajmniej one będą na mnie pasować.


Czuję jak ktoś podchodzi od tyłu i zaczyna pleść mi z włosów warkocz. Rozpoznaję kojący zapach damskiego dezodorantu. Szybkie, sprawne ręce szybko ujarzmiają kosmyki, które nie słuchają się nawet mnie.


- Dziękuję, Yusuko.


- Po prostu Yus. - rzuca, związując mi włosy gumką. - Chodź, popatrzymy sobie na chłopaków. - chichocze, ciągnąc mnie za rękę do wyjścia.


Męska część naszej klasy to aktualnie największa atrakcja dziewczyn. Nie powiem, żeby mnie nie zachwycały piękne, umięśnione sylwetki chłopaków, ale nie mam w sobie tyle pewności siebie by do któregoś od tak zagadać. Yus najwidoczniej nie widzi w tym żadnego problemu. Z flirciarskim uśmieszkiem macha do brązowowłosego chłopaka. Tamten, także się uśmiecha, lecz na jego twarzy pojawiają się rumieńce.


- Podoba ci się? - pytam dokładnie przyglądając się w miarę pospolitym rysom chłopaka. Gdyby pozbył się tej dziwnej fryzury, byłby naprawdę przystojny.


- Niezbyt, ale niech się chłopak pocieszy. - mówi zalotnym głosem.


- Jaka wredota! - chichoczę pod nosem.


Czekając przed szatnią na Hanako i Reiko, dobiega nas potężny krzyk naszej, jak się domyślam, trenerki.


- Ile wy się tam grzebiecie?! Pogoń dziewczyny i do szeregu!


Chyba jednak nie musimy nikogo upominać, bo w tym samym czasie z szatni wylewa się tłum pędzących dziewczyn. Głos trenerki wyjątkowo dobrze odbija się po pustej Sali. Dołączamy do szeregu wpatrując się w stojącą przed nami kobietę. Wysoka, około trzydziestki, o atletycznej sylwetce, brązowych, krótkich, poszarpanych włosach i niebieskich, nieznoszących sprzeciwu oczach. Wygląda na doświadczonego żołnierza, który dopiero co opuścił linię frontu. Szerokie spodnie w moro i nóż myśliwski przy pasie tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Jest kompletnym przeciwieństwem pani Naratsuke.


Widząc naszą szybką reakcję, uśmiecha się kpiąco pod nosem, jak na wredną trenerkę przystało. Przechadza się równolegle do utworzonego przez nas szeregu, uważnie przyglądając się uczniom.


- Tamaki Natsune. Wasza trenerka. - przedstawia się. - Słyszeliście już pewnie, że odbędziecie tu prawdziwe żołnierskie szkolenie i że nie ma żadnej taryfy ulgowej, jeśli chcecie przeżyć, oczywiście. Moim zadaniem jest przygotować was, ciepłe kluchy, do prawdziwej walki. Więc bez zbędnego gadania, trzydzieści okrążeń wokół Sali. RAZ!


Nagła zmiana tonu automatycznie pobudza nasze jeszcze ospałe mózgi do pracy. Nigdy nie lubiłam biegać… Inaczej, ja nienawidzę biegać. Zniosę chyba każdy inny sport, ale bieganie to dla mnie mordęga. Kilka lat temu nadwyrężył mi się jakiś staw w lewej nodze i chyba nie wrócił do poprzedniego stanu, więc na dłuższe dystanse sprawia mi paskudny ból. Wolę jednak trochę pocierpieć niż narażać się tej strasznej kobiecie.


Muszę przyznać, że nasza klasa całkiem nieźle się prezentuje. Chłopcy są w większości wysocy i wysportowani. Mogli by grać w reklamie promującej jakiś napój energetyczny dla sportowców, albo otwarcie nowej siłowni. Bliźniacy są chyba najniżsi, choć i tak mają spokojnie 175. Jest też jeden chłopak z wydaje mi się lekką nadwagą, lecz widać, że to urodzony zapaśnik wagi średniej. Razem trzynastu. Nie, chwila czternastu.


Jest jeszcze jedna osoba, której wcześniej nie zauważyłam. Chyba najniższy z nich wszystkich wątłej budowy chłopak biegnący kilka osób przede mną. Białe włosy wyraźnie kontrastują z jego czerwoną jak burak twarzą. Oddycha ciężko, widocznie nie przyzwyczajony do większego wysiłku fizycznego. Po dwudziestym piątym okrążeniu wychodzi z szeregu i siada na ławce. Kątem oka przyglądam się jak trenerka podchodzi i pyta co się stało. Chyba jednak odpowiedź jej nie satysfakcjonuje i po całej Sali rozlega się donośny krzyk:


- NIE MOŻESZ BIEGAĆ? W TAKIM RAZIE NA ZIEMIĘ I STÓWA!


Szczerze wątpię by mógł zrobić aż sto pompek. Już lepiej żeby pobiegł te pięć okrążeń, ale teraz już chyba nie ma powrotu. Gdy kończymy, chłopak nie jest nawet po dwudziestu. Przyglądam się jak z wielkimi trudnościami podnosi ciężar własnego ciała plus kilka kilogramów upokarzających słów trenerki. Na jego twarzy maluje się wyraźny ból, który trochę odbiega od standardowego wysiłku. Może zapał kontuzję albo ma jakąś niewydolność płuc. W każdym razie mam wrażenie, że zaraz zejdzie z tego świata.


Nie umiem się przyglądać takiemu cierpieniu i o ile działam pod wpływem impulsu, nogi same kierują mnie do trenerki, która z wrednym uśmieszkiem przygląda się jego katuszom. Aż się we mnie gotuje. Jak, kurde można kazać zrobisz coś takiego wrakowi człowieka?


- Czego chcesz? - rzuca nie odwracając wzroku od chłopaka.


Wyprostowuję się jak struna, zastanawiając się czy dobrze przemyślałam swoją decyzję. Ale jest już trochę za późno. Alka, jesteś jebaną idiotką. Zamykam oczy wykrzykując jak przystało na żołnierza.


- Chcę wykonać za niego zadanie!

sobota, 20 września 2014

My Breath - Rozdzial IV

MY BREATH

ROZDZIAŁ IV

(ALLYSS)


Wnerwiająca muzyczka z tej chrzanionej bransolety, brutalnie budzi mnie ze zbyt krótkiego jak na moje standardy snu. Nie jestem i nigdy nie byłam rannym ptaszkiem i obudzenie mnie przed 9 jest misją samobójczą. Dlatego właśnie w domu od pobudek jest opancerzony i posklejany szarą taśmą budzik oraz mój brat, który, jeśli nie działają humanitarne rozwiązania, potrafi wylać na mnie szklankę wody.

Tym razem jednak mam w miarę znośny humor. Powiedziałabym nawet, że piękny mamy dzisiaj dzień, gdyby nie to, że zaraz muszę iść do szkoły. Nie, że nie jestem podekscytowana, wręcz przeciwnie. Mój żołądek skurcza się ze stresu jak gnieciony naleśnik. Wiem, wiem, nie ma czego, po prostu zwykły, pierwszy dzień szkoły, ale nie idzie tłumaczyć tego mojemu brzuchowi.


Spoglądam przez powieki na zamglony jeszcze pokój. Wieczorem trochę tutaj ogarnęłyśmy, ale boję się pomyśleć co będzie w roku szkolnym. Siłą woli zmuszam swoje ciężkie ciało do wstania i szurając bosymi stopami po drewnianej podłodze wyruszam na poszukiwania swojego mundurka. Przy okazji zauważam, że moja współlokatorka nadal śpi sobie w najlepsze. Podchodzę do jej łóżka zastanawiając się jakim cudem ten alarm jej nie obudził. Rozkopana pościel w połowie zwisa z materaca, a białe, poczochrane włosy zasłaniają jej prawie całą twarz. Dziewczyna pochrapuje przez sen, a z jej otwartych ust wycieka stróżka śliny. Zupełnie jak mały bobas.


- Hana, wstawaj, spóźnisz się do szkoły!


Lecz dziewczyna tylko coś mruczy i przewraca się na drugi bok. Wstrząsam nią kilka razy, ale to też nie przynosi żadnego efektu. Teraz już wiem jakim utrapieniem jestem, gdy przychodzi budzić mnie. Dopiero gdy zaczynam grozić jej, że wywalę przez okno materac, zaczyna się trochę przebudzać, aż w końcu półprzytomna złazi z łóżka i człapie w kierunku szafy, mrucząc mi coś w stylu dzień dobry. 


Aby jeszcze bardziej się rozbudzić, przemywam twarz chłodną wodą, po czym od razu czuję się żywsza. Zakładam mundurek i rozczesuję pokołtunione jak zwykle włosy pozwalając im wolno opadać na moje ramiona. Sięgają mi już poniżej pasa, a dokładniej do jednej trzeciej ud. Jako dziecko zawsze chciałam mieć długie włosy i teraz wyglądam prawie identycznie jak mama. Tyle, że jej są proste jak druty, a moje uporczywie falują się na końcówkach.


Z szafki wyjmuję skromny flakonik perfum, których używam już od kilku lat. Nie stać nas na jakieś niesamowicie drogie perfumy, a te wyjątkowo przypadły mi do gustu. Niezmienny, subtelny, różany zapach przyjemnie naznacza moje ciało delikatną mgiełką.


Zwalniam łazienkę Hanie, która wydaje się już trochę bardziej ogarniać życie i siadam na łóżku bawiąc się funkcjami bransolety. Wczoraj przeszłam uproszczony kurs obsługiwania się tym urządzeniem i potrafię już nie tylko sprawdzić pocztę, ale także nastawić budzik, zadzwonić do Hany i włączyć Internet. Przekręcam pokrętło i przed oczami ukazuje mi się spis dzisiejszych zajęć, a raczej tylko jeden punkt w planie - zbiórka w Sali 42 o godzinie 8.15.


Jeszcze przez kilka chwil uwijamy się poprawiając swoje mundurki aż w końcu jesteśmy gotowe do wyjścia. Łapię swoją niebieską, sportową torbę, do której spakowałam wcześniej strój treningowy, buty i małą paczkę ciastek, którą udało mi się zwędzić z lodówki. W drzwiach dopadają nas dziewczyny i razem idziemy do szkoły.


Yusuko i Hana wydają się naprawdę wyluzowane i gotowe do nabycia nowych znajomości… szczególnie męskiej części klasy. Idą dumnie brukowanym chodnikiem przyciągając spojrzenia. Po drodze mijamy wielkie grupy uczniów przekrzykujących się nawzajem i wesoło rozmawiając. Od czasu do czasu napotykam jakieś ciekawskie, pewne siebie spojrzenia drugo i trzecioklasistów. Każde z osobna w jakiś sposób wyróżnia się w tłumie kolorem włosów, ubiorem czy zachowaniem. W moim dawnym gimnazjum wszyscy, łącznie ze mną, jakoś się zlewali w tłumie. A tutaj?


- Allyss, jesteś cała zielona. - mówi Yus.



- S-serio?! - biorę kilka głębszych wdechów, starając się przywrócić kolor swojej twarzy.

- Nie denerwuj się. - wtrąca Hana. - To tylko pierwszy dzień szkoły. 


- Taa…


Drzwi do naszej Sali wydają się wyjątkowo przerażające i ciężkie, na tyle, że mam zamiar w tej chwili wracać do akademików. Jednak stojąca za mną żelazna ściana w postaci Hiroshiego z wymownym spojrzeniem nie pozwala mi na ucieczkę. Głośno przełykając ślinę otwieram drzwi, które jak na ironię są nadzwyczaj lekkie. Do Sali wpada naraz kilka osób pchających się żeby zająć najlepsze miejsca. Hana macha mi ręką pokazując wolne miejsce za sobą. Siadam na krześle rozglądając się na boki i przyglądając się uczniom.


Większość ławek jest już zajęta. Szczęśliwe twarze wymieniają między sobą uśmiechy, pewnie większość zna się już z wcześniejszych szkół. Czy naprawdę ta rozgadana i beztroska klasa ma w przyszłości zostać śmiercionośnymi żołnierzami? O sobie nawet nie wspominam, to będzie cud jeśli po pół roku mnie nie wywalą.


- Jesteś Iwahara, nie? - słyszę po prawej czyjś głos.


Brązowowłosy chłopak kuca przy mojej ławce podając mi rękę na powitanie.


- Tak, skąd wiesz? - ściskam delikatnie jego dłoń, także starając się uśmiechnąć, lecz przy moim obecnym stanie, pewnie wyglądam jakbym miała zaraz zwymiotować.


- Dzielę pokój z Hiroshim, jestem Shinji Gemmei. - uśmiecha się uprzejmie po czym zajmuje miejsce obok mnie.- Jak ci się tu podoba?


- Pokoje są niesamowite i podobno miasteczko też jest super. - odwracam się w jego kierunku, zadowolona, że mogę się w jakiś sposób wypowiedzieć.


- Tylko trzeba znaleźć czas, żeby je całe zwiedzić. Nie mówiąc już o kasie. - wtrąca ktoś za moimi plecami.


Odwracając się zauważam sobowtóra Shinjiego z tym samym uśmiechem, zmierzającego do swojego klona.


- To mój brat bliźniak, Reiji. - pokazuje kciukiem ławkę za sobą.


- Umiem sam się przedstawić. - mówi z udawaną urazą. - A ty jesteś?


- Allyss Iwahara.


- Tak swoją drogą to masz bardzo dziwne imię, wiesz? - wtrąca Hana, która nagle włączyła się do rozmowy.


- Emm… moja mama pochodzi z Europy i w sumie… nie zbyt wiem czemu tak mnie nazwała.


- Twoja mama jest z Europy? - pyta Shinji, a na twarzach moich rozmówców maluje się niekłamane zainteresowanie, co stawia mnie w dość niekomfortowej sytuacji. Nie lubię być w centrum uwagi.


- Tak, tak mi się przynajmniej wydaje.


- To pewnie stąd kolor twoich włosów, bo chyba nie są farbowane, nie?


- Są naturalne, ale tutaj jest mnóstwo blondynów… na przykład Yusuko…


- Jest jednak różnica, farbowane włosy nigdy nie będą miały tego samego koloru co naturalne - nagle u mojego boku pojawia się Yus, porównując dla przykładu kosmyki naszych włosów jak profesjonalna stylistka. - A na pewno nie będą tak zdrowe i mocne.


Do rozmowy dołącza się też Hiroshi, który dla żartu obkręca się naszymi włosami. Miłe jest to, że nie zlewają mnie jak to często bywało w gimnazjum, a wręcz przeciwnie, zachęcają do rozmowy mimo, że nie znamy się długo.


Przerywa nam dopiero wchodząca do klasy wychowawczyni. Wita się z nami i sprawdza obecność. Pani Naratsuke jest jedną z najbardziej szykownych kobiet jakie w życiu widziałam. Zawsze pięknie uczesana, gustownie ubrana i zawsze chodzi w taki elegancki sposób, wprawiając w ruch swoje wyjątkowo kobiece biodra. Do tego jest taka miła i urocza, po prostu chodzący ideał.


Zdaję sobie sprawę, że nie zauważyłam wcześniej osoby siedzącej po mojej lewej stronie. Kruczoczarne kosmyki poruszają się z wiejącym zza okna letnim wiatrem. Oparty łokciami o ławkę czyta jakąś książkę, bystrym spojrzeniem lustrując kolejne strony. On jedyny wygląda na niebezpiecznego zabójcę, który rzeczywiście mógłby szkolić się na żołnierza. W sumie, nie zdziwiłabym się gdyby takim się okazał. Wyglądałby niesamowicie męsko w kombinezonie w moro i z karabinem przewieszonym przez ramię. Gdyby się tylko częściej uśmiechał… Nagle, złote tęczówki wbijają we mnie przenikliwe spojrzenie, aż po plecach przebiegają mi ciarki, prawie jak wtedy przy Reiko. Zmieszana odwracam wzrok.


- A więc przedstawię wam wasz plan lekcji. - mówi nauczycielka krzepiącym głosem.


Na tablicy wyświetla się długa tabela z powypisywanymi zajęciami. Z niedowierzaniem kilka razy przeglądam nasz plan. Zamiast lekcji typu matematyka czy geografia, mamy mieć treningi i jakieś dziwne zajęcia. Trening z bronią, trening manualny, trening umiejętności, alchemia, nauka o Splamionych. Średnio osiem godzin dziennie nie licząc weekendu.


- Jak już zauważyliście, macie o wiele więcej treningów. Jest to spowodowane zwiększoną śmiertelnością uczniów na egzaminie końcowym obecnej drugiej klasy. Nie martwcie się, z tyloma godzinami treningów ten cały test nie będzie dla was problemem.


Zwiększona… śmiertelność… To na egzaminach będziemy ryzykować własne życia? Żołądek wykonuje skomplikowane salta, starając się zagłuszyć dudnienie mojego serca. Na czym mają polegać te egzaminy? Z czym będziemy walczyć? Nie mają żadnych środków bezpieczeństwa? Rozumiem, że prawa człowieka w tym kraju nie są wyjątkowo uznawane, ale żeby posyłać licealistów na śmierć?


- Ile osób wtedy zginęło? - pyta dziewczyna, która ma chyba na imię Shizuki.


- Dwanaście osób. - odpowiada nauczycielka sztywnym tonem.


To prawie połowa klasy… Co dziwniejsze nikt nie wydaje się specjalnie przejęty. Jakby informacja o możliwości utracenia swojego życia, była dla nich czymś normalnym, czymś co słyszą na co dzień. Albo nie dociera do nich groza sytuacji, albo są do niej na tyle przyzwyczajeni by ją po prostu zaakceptować. Chyba nie wyglądam za dobrze, bo czuję jak Shinji szturcha mnie ramieniem.


- Hej, w porządku? - pyta zaalarmowany bliźniak, nie mam pojęcia, który, bo za nic ich nie rozróżniam.


- T- Tak. - uśmiecham się, chyba niezbyt przekonywująco.


W orzechowych oczach braci widać troskę, ale co dziwne, spowodowaną raczej moją osobą niż informacją nauczycielki. Chyba tylko ja tak na to zareagowałam. Zwróciłam uwagę nie tylko bliźniaków. Można powiedzieć, że spojrzenie pewnej osoby wierci mi dziurę w czaszce. Jakby obok mnie siedział bazyliszek w ludzkiej postaci. Tylko żeby za wszelką cenę tam nie patrzeć… Wiercenie ustaje i teraz tylko naleśnik w moim brzuchu zwija się na wszystkie strony.


- Do zaliczenia semestru musicie wykonać kilka misji, które są rozwieszone na tablicy w Wężowym Osiedlu. Aby takową misję rozpocząć, musicie zgłosić mi się z kartką. Potem powiem wam co zrobić. Jednak nie możecie wykonywać ich sami. Zaraz zostaniecie alfabetycznie porozdzielani na dwuosobowe grupy. Pamiętajcie, że jesteście w stu procentach odpowiedzialni za swojego partnera przed, po, oraz w trakcie wykonywania misji. Weźcie to sobie do serca…


Nie wiem czy dobrym pomysłem jest obarczanie uczniów taką odpowiedzialnością. Rozumiem, że musimy się martwić o partnera, ale co innego ochrona na misji, a robienie za niańkę.


- Niektóre zadania wymagają czasem większej ilości uczniów, wtedy musicie już dogadać się ze sobą. Każda misja ma stopień trudności oznaczony rangą od A do D. Bez specjalnego pozwolenia nie wolno wam brać niczego ponad C. To by było dla was zbyt niebezpieczne. Do zaliczenia semestru potrzebne są trzy misje rangi D, jedna rangi C oraz zdanie końcowej misji. Oprócz tych obowiązkowych możecie brać tyle misji ile chcecie, oczywiście za zgodą nauczyciela.


Tak, jakbym chciała zwiększyć prawdopodobieństwo swojej śmierci, z chęcią wybiorę się na poskramianie krakena.


- Nagrody w postaci wypłaty uzyskane na koniec możecie podzielić między siebie. - kontynuuje pani Naratsuke.


Nagroda czyli pieniądze, pieniądze czyli jedzenie, jedzenie czyli… krakenie, nadchodzę!



- A teraz podział grup…

Nazwiska idą alfabetycznie, więc niestety nie mam co liczyć na bycie w grupie z Haną lub z Yusuko. Boję się, że trafi mi się podobna do mnie sierota i swoją przygodę z misjami skończę nie wychodząc nawet z ośrodka.


- Hayagawa z… Iwahara.

poniedziałek, 15 września 2014

My Breath - Rozdzial III

MY BREATH

ROZDZIAŁ III

(ALLYSS)


Odchodzę kilka kroków do tyłu krytycznie lustrując swoje ‘’dzieło’’. Przez ostatnie kilkadziesiąt minut męczyłam się próbując nadać Hanie jakiś porządny wygląd i muszę skromnie przyznać, że mi się udało. Przyprowadzam ją przed lustro w pokoju, by mogła podziwiać uzyskany przeze mnie efekt. Widzę jak szmaragdowe tęczówki rozszerzają się uważnie przyglądając postaci w lustrze.

Przed nami stoi niska, elegancka, wysoko urodzona panienka o nieskazitelnym wyglądzie. Czarny, wyprasowany mundurek kontrastuje się z jej jasna cerą i śnieżnobiałymi włosami, w które wczepiłam moją spinkę z różowym kwiatem, sprawiając, że wygląda trochę jak kościotrup, lecz na to nic nie mogę poradzić.


Nie było łatwo osiągnąć taki efekt, gdyż sama Hanako była może tylko lekko świadoma, że coś w jej ubraniu nie gra. Musiałam przebrać ją w sweter, podciągnąć podkolanówki, wsadzić koszulę w spódnicę, uczesać włosy, nałożyć odrobinę makijażu i wpiąć tą cholerną spinkę, która jak na złość musiała się popsuć.


- Jest w porządku. - odgarniam biały kosmyk za ucho dziewczyny.


- Jest super! - mówi, nie odrywając spojrzenia od lustra.


Uśmiecham się wracając do łazienki żeby się przebrać. W tym czasie słyszę ciche pikanie bransolety. Podwijam rękaw lewej ręki by bliżej przyjrzeć się urządzeniu, które jak się okazuje ma mi coś ważnego do przekazania. Klikam jeden z guzików, by zatwierdzić wiadomość i w powietrzu wyświetla się kolorowy hologram przedstawiający migającą kopertę. I co teraz? Nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia, a nie wyjaśniali jak otwiera się wiadomości!



Klikam losowe guziki w nadziei, że jakoś znajdę sposób na rozpracowanie bransolety, lecz te moje klikanie coś chyba nie skutkuje, a nawet zaczyna pikać jeszcze szybciej i głośniej co jeszcze bardziej mnie denerwuje.

Widzę jak Hana przygląda mi się z rozbawieniem i politowaniem. A kto przed sekundą wyglądał jak bezdomny? Podchodzi do mnie i klika w kopertę bezpośrednio na hologramie.


- Wow, nieźle jesteś już w tym obcykana. - mówię, zachwycona hologramem prawie tak samo jak Hana mundurkiem. (dop. kor.: Hana nołlajf XD)


Wiadomość otwiera się ukazując kilka istotnych informacji. A więc, jutro zaczynamy lekcje o 8.00 w sali numer 48 tak jak mówiła to wcześniej pani Naratsuke, dostaniemy tam wszystkie niezbędne podręczniki i papierową wersję planu lekcji. Na dole jest także napisane, żebyśmy zrobili sobie wieczorem coś do jedzenia w kuchni. Znajdziemy tam wszystkie potrzebne składniki i urządzenia.


Na samą myśl o tym burczy mi w brzuchu. Kuchnia to jest miejsce, które Allyss lubi najbardziej! Albo nie kuchnia, tylko jadalnia! Tyle mi do szczęścia potrzeba: jeść, spać i czytać. Tak żałuję, że nie można tego wszystkiego robić na raz.


- Chodź, Hana idziemy coś przekąsić! - rzucam, wesoło maszerując w stronę drzwi.


- A mundurek?


- Ale najpierw mundurek! - odwracam się na pięcie i lecę do łazienki się przebrać.


Szybko zdejmuję z siebie ubrania i przez chwilę łażę w samej bieliźnie szukając moich rzeczy. Jak to się dzieje, że zawsze ja coś gubię? Rozumiem klucze, portfel czy telefon, ale nie ubrania! Po kilku minutach znajduję je za kibelkiem rzucone i pomięte jak tylko się dało. Nie przypominam sobie, żebym je tam zostawiała, no ale cóż…


Przebieram się, co zwykle schodzi mi dwa razy dłużej, ale biorąc pod uwagę, że czeka na mnie jedzenie, mój mózg automatycznie przyspiesza myślenie i po chwili, wychodzę już z łazienki w pogniecionych spodniach i swoim wypłowiałym, różowym swetrze. Pamiętam jak dzisiaj rano dyskutowałam z mamą o tym czy jest on pudrowy czy majtkowy, aż w końcu przyszedł mój brat i stwierdził, że jest to różowy. Wspólnie ustaliłyśmy, że jednak mężczyźni nie rozróżniają kolorów…


W pośpiechu ubieram drugiego baletka, skacząc na jednej nodze w stronę drzwi, co musi wyglądać wyjątkowo komicznie gdyż słyszę za sobą cichy chichot Hany. Dziewczyna otwiera mi drzwi widząc, że nie za bardzo daję sobie z tym radę używając jedynie łokcia i wyłażę na korytarz. Szybko podążam w stronę domniemanej kuchni. Odwracam się by sprawdzić czy Hana idzie za mną i widząc, że dopiero zamyka drzwi odwracam się i… JEBS, dostaję drzwiami prosto w twarz. Impet sprawia, że tracę równowagę i po chwili ląduje już tyłkiem na podłodze.


Ktoś wychodzi widocznie zaniepokojony nagłym hałasem, ale nie widzę go przez zaciśnięte z bólu powieki. Boże, kto do cholery tak gwałtownie otwiera drzwi!?


Już mam ochotę go o to opieprzyć, ale gdy tylko otwieram oczy widzę przed sobą jak ktoś podaje mi rękę. Podnoszę wzrok do góry, by spojrzeć na jej właściciela, który okazuje się być niesamowicie wysokim, niesamowicie przystojnym chłopakiem. Samych takich dzisiaj spotykam. Co za dzień!


- Nic ci nie jest? Naprawdę przepraszam, nie wiedziałem, że tam jesteś. - mówi zakłopotany, pomagając mi wstać.


Podnoszę się już dzisiaj trzeci raz, otrzepując się… właściwie nie wiem, z czego, bo moje pośladki są nieskazitelnie czyste, gdyż upadłam na podłogę, która mogłaby mi służyć za talerz.


- Nie, chyba w porządku. - mówię, kompletnie zapominając o zamiarze opieprzenia go.


Chłopak uśmiecha się w tak uroczy i niewinny sposób, że chyba nie stać by mnie było, by mu cokolwiek zarzucić. Jest bardzo wysoki. Przy takim wzroście mógłby grać w kosza. A jeśli nie gra w koszykówkę to na pewno coś trenuje, bo widzę jak przez białą koszulę prześwitują niesamowite mięśnie.


- Hiroshi Gensai, miło mi cię poznać. - chwyta moją dłoń, całując jej czubek.


Czuję jak na moje policzki powoli wlewa się czerwień. Świetne maniery jak na kogoś kto właśnie zdzielił mnie drzwiami w twarz... A właśnie! Już prawie przestało boleć! Mam nadzieję, że nie będzie siniaka już pierwszego dnia szkoły.


- Allyss Iwahara, mi… również. - dodaję zmuszając się nie powiedzieć tych ostatnich słów ironicznie.


Jego miodowe oczy, które kolorem przypominają wykończenie tego małego pałacyku, kierują się na Hanę. Podchodzi do niej, przedstawiając się i ponawiając gest z ręką. Dziewczyna kompletnie nie okazuje zakłopotania, a nawet w jej spojrzeniu można ujrzeć lekką arogancję. Zastanawiam się czy nie są oni przyzwyczajeni do takich gestów, w końcu bogactwo i pewność siebie, wręcz odbijają się w ich oczach. Wnioskuję więc, że mieszkają w 1 strefie, a jeśli nie to z pewnością mają tam wtyki. Tam gdzie ja mieszkam, ludzie są raczej dość… sama nie wiem… nieśmiali? Chytre spojrzenie Hiroshiego z powrotem przechodzi na moją osobę, lustrując mnie od stóp do głów, jakby oceniał ile mógłby na mnie zarobić.


- Hej, Hiroshi co się stało? - krzyczy ktoś z wnętrza pokoju.


- Przez przypadek rąbnąłem waszą sąsiadkę drzwiami. - rzuca chłopak uśmiechając się do mnie wesoło.


Niesamowite jak szybko potrafi zmienić mimikę twarzy. Jeszcze przed chwilą przypominał mi polującego geparda zastanawiającego się jak podejść zwierzynę, a teraz wygląda jak niegroźny, potulny kotek.


W drzwiach ukazuje się blond włosa dziewczyna o wesołym, przyjaznym spojrzeniu. Dałabym sobie rękę uciąć, że jest modelką. Wysoka, szczupła, piękna, pewna siebie aż czuję jak zżerają mnie kompleksy.


- Cześć, może wejdziecie na chwilę?


- Pewnie. - rzuca Hana, wchodząc do pokoju jak do siebie.


Pokój wygląda mniej więcej jak nasz, z jednym wyjątkiem, u nich jest czysto. O ile dobrze pamiętam zostawiłam mundurek w łazience, a cała zawartość mojej kosmetyczki i torba leżą sobie pewnie rozwalone na całej szerokości podłogi.


Na łóżku siedzi wyprostowana, jeszcze wyższa od swojej współlokatorki dziewczyna o krótkich, brązowych włosach i orzechowych oczach. Widać, że niezbyt odnajduje się w licznym towarzystwie, a widok jeszcze większej ilości osób widocznie ją przygnębia. Pewnie musi być bardzo nieśmiała, bo panicznie ucieka przed nami wzrokiem.


- Jestem Yusuko Kuramoto, sorki za burdel. - mówi, kopiąc jedną jedyną leżącą poduszkę na drugą stronę pokoju. - A to Reiko Kaimata. - pokazuje na siedzącą na łóżku dziewczynę.


Podczas gdy Hana nas przedstawia, ja nie mogę oderwać wzroku od Reiko. Jej zmęczone spojrzenie sunie po podłodze zatrzymując się na mnie, a o oczy wydają się być coraz ciemniejsze, ciemniejsze, ciemniejsze, aż w końcu zamieniają się w dwa czarne, puste węgielki. Niewiarygodne jak wiele bólu jest w tym spojrzeniu. Czuję jakby czas nagle się zatrzymał, skupiając swoją uwagę jedynie na tych ciemnych oczach, które powoli wysysają rzeczywistość. Nie słyszę żadnych głosów, poza cichym krzykiem, który dobiega gdzieś z oddali, przyprawiając mnie o koszmarny ból głowy. Ogarnia mnie melancholia, jakby ktoś odebrał mi cały sens życia i zostawił z pustą powłoką bezwartościowego ciała. Po moich plecach przebiegają ciarki, które zmuszają mnie do cofnięcia się, lecz z trudem udaje mi się wykonać ruch.


- Hej Reiko! Yyy... przyniesiesz mi… sok z lodówki? - przerywa ten upiorny stan zaalarmowana Yusuko.


Dziewczyna spuszcza wzrok odchodząc w stronę małej kuchni, a jej oczy z powrotem przybierają swój chłodny, kasztanowy odcień. Przywidziało mi się? W końcu dzisiaj widziałam już tyle niedorzecznych rzeczy, że już pewnie nie rozróżniam rzeczywistości od swoich własnych wymysłów. Zauważam jak Yusuko i Hiroshi ukradkiem wymieniają znaczące spojrzenia. A jednak. Następuje niekomfortowa cisza, którą przerywa moje niezbyt dyskretne burczenie w brzuchu.


Serio w takim momencie? Hiroshi, stojący obok mnie parska śmiechem, co kompletnie rozładowuje napiętą atmosferę. Także się uśmiecham, choć nadal jestem zaniepokojona sytuacją, która miała przed chwilą miejsce.


- Może pójdziemy coś zjeść? - proponuje Yusuko, chichocząc pod nosem.


- Właśnie po to szłyśmy. - mówię, wychodząc z pokoju.




Kuchnia prezentuje się naprawdę świetnie, jest wielka, przestronna, elegancka, lecz zanim zacznę ją podziwiać, muszę coś zjeść. Otwieram wysoką, srebrną lodówkę, której zawartość mogłabym wsunąć za jednym razem. Na półkach poukładane są składniki w tym wszelkiego rodzaju ryby i mięsa, warzywa, produkty mleczne i żadnych gotowców. Świetnie, tylko jak ja to przygotuję?! Nigdy nie byłam, dobra z zajęć technicznych i wyzwaniem dla mnie jest usmażyć sobie jajecznice! Tym bardziej, że ostatnio jak podjęłam się tego jakże wymagającego wyzwania, prawie nie podpaliłam mieszkania. Autentycznie! Jeśli dobrze pamiętam chyba do teraz mamy trochę osmoloną posadzkę w jednym miejscu.


- Umie ktoś gotować?- pytam w nadziei, że znajdę sobie jakiegoś kucharza na dłuższą metę.


Jeśli nie, to będę musiała jeść na mieście. Matko boska, z moimi ocenami nie zbiorę wielu punktów, a brak punktów oznacza brak jedzenia, a brak jedzenia oznacza... Zginę! Zdechnę z głodu albo nauczę się gotować!



Czuję jak czyjaś ręka delikatnie odpycha mnie od lodówki. Yusuko dokładnie przygląda się składnikom widocznie, intensywnie myśląc.

- Chyba dałabym radę zrobić warzywa na patelni w sosie…


- Uratowani!- wydycham z ulgą powietrze. - Powiedz, w czym mamy ci pomóc.


- Na razie przygotujcie blat i deskę do krojenia. - mówi wyciągając z lodówki miski z warzywami.


Razem z Hiroshim, jako że najgłodniejsi lecimy przygotować miejsce pracy. Zaskakujące jak skupiona potrafi być Yusuko podczas gotowania. Przyglądamy się jej, grzecznie siedząc na blacie i starając się nie przeszkadzać. Podczas gdy Hana postanawia pokazać Reiko nasz pokój, ja zostaję sama z Hiroshim. W normalnej sytuacji bardzo by mi to przeszkadzało i pewnie wymyśliłabym jakąś wymówkę, żeby iść z nimi, ale teraz jakoś nie czuję takiej potrzeby. Chłopak nie emanuje żadną przytłaczającą aurą i mogę spokojnie powiedzieć, że czuję między nami przyjazną atmosferę.


- Naprawdę przepraszam za te drzwi. - mówi Hiroshi, drapiąc się ręką po głowie.


- Serio, nic mi nie jest. - zapewniam go. - W którym pokoju mieszkasz?


- Mieszkam w budynku obok, przyszedłem to tylko, by się przywitać. Chodziłem z Yus do gimnazjum.


- Tak? Um, a Reiko też z wami chodziła? - pytam, rozmyślając nad dziwnym zachowaniem dziewczyny.


- Eee, no tak jakby… Jeśli chodzi o to co się działo wtedy w pokoju, to musisz wiedzieć, że Reiko pochodzi ze starego rodu Kaimata - chłopak jakby czytał mi w myślach. - Byli oni bardzo groźnym i szanowanym klanem, gdyż posiadali umiejętność kradzieży snów. Potrafili włamywać się do podświadomości swoich wrogów i kraść wszystkie informacje, jednocześnie dowolnie manipulując ich wspomnieniami. Reiko posiada trochę inny dar… z tego co wiem. sprawia, że widzisz to, co ona chce żebyś zobaczyła. Możesz zobaczyć łąkę pełną kwiatów, ale także śmierć swoją i swoich bliskich. Oczywiście wszystko to jest iluzją, która trwa w zależności od jej siły i woli. Widziałaś może wtedy coś takiego?


- Widziałam jak jej oczy robią się czarne, a wszystko wokół, nagle zamarło. Słyszałam tylko jakiś krzyk, ale nie wiem czy należał do niej.


Hiroshi zastanawia się przez chwilę, patrząc przez okno, jak słońce kończy swoją wędrówkę po popołudniowym niebie. Pomarańczowe promienie oświetlają jego zamyśloną twarz o mocnych rysach i wąskich oczach, schowanych pod długimi, gęstymi rzęsami. Za kimś takim powinny ciągnąć się tłumy oszalałych dziewczyn. Jakim cudem ktoś taki jak on rozmawia ze mną? Z małą, nierzucającą się w oczy sierotą, która potyka się o własne nogi?


- Widzisz… - jego głos przypomina mi, że trochę nachalnie mu się przyglądam, więc szybko odwracam wzrok. - Reiko jeszcze nie do końca panuje nad swoimi umiejętnościami. Czasami można powiedzieć, że one ją… ‘’połykają’’. Jest to dość kłopotliwe, tym bardziej, że tak potężna i trudna do opanowania moc została przydzielona tak wrażliwej i płochliwej dziewczynie jak ona. Był to główny powód, żeby przydzielić ją z Yusuko, która jest w swoim rodzaju tarczą. Reiko bezgranicznie ufa Yus, co sprawia, że ta może ją w jakimś stopniu kontrolować. Dodatkowo, Kuramoto osiada umiejętność przechwytywania i odpychania energii innych. Musi to być strasznie wyczerpujące, więc czasami po prostu nie dają rady i Reiko trochę się… zapomina. Trochę to zawiłe, ale rozumiesz, nie?


- Tak, chyba tak.


Teraz wszystko nabrało trochę więcej sensu. Chociaż nadal mam lekkie wrażenie, że robią mnie w konia, jednak to, czego doświadczyłam w pokoju, dało mi trochę do myślenia.


To musi być straszne, posiadać w sobie moc, która w każdej chwili może tobą zawładnąć. Straszne, ale jednocześnie niesamowite. Yusuko też musi być silna, skoro przez cały czas ją powstrzymuje. Swoją drogą to całkiem romantyczne. Bezgraniczne poświęcenie dla przyjaciółki i bezinteresowna… może już skończę.


- Hiroshi, mogę się ciebie o coś zapytać? - trochę boję się, czy to pytanie jest teraz na miejscu.


- Wal śmiało.


- Czy… Czy ty posiadasz jakąś umiejętność?


Chłopak uśmiecha się ukazując rząd białych, równych zębów.


- Niestety jeszcze nie. - mówi, nie przejmując się zbytnio.


- Jak to? Myślałam, ze wy wszyscy coś umiecie.


- Auć, to bolało. - odpowiada bardziej rozbawiony niż urażony.



Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z własnego nietaktu. Rany, muszę przestać gadać co mi ślina na język przyniesie.

- Przepraszam! Nie to miałam na myśli... 
 (dop. kor.: Alka, debilu XD)

- W porządku - uśmiecha się. - Większość osób, nie posiada jeszcze żadnych umiejętności. Pewnie ukażą się one podczas roku szkolnego. Sam, na razie nie zauważyłem w sobie nic nadzwyczajnego, a ty?


- Właściwie to nie wiem, czemu mnie tu przyjęto. Na początku wszyscy myśleli, że to jakaś pomyłka, tym bardziej, że nie uczyłam się najlepiej, a nie miałam pojęcia, co będzie oznaczać ‘’klasa specjalna’’. A właśnie! Widziałam ciebie jak wracałeś z tego dodatkowego rozpoczęcia. Jesteś może z nami w 1c?


- Tak, będziemy się tutaj razem kisić przez następne 3 lata!- mówi to, kładąc mi rękę na ramieniu.


- O ile nas nie wywalą…- uśmiecham się.


- To też racja…


Do mojego nosa dobiega zapach, pysznych smażonych warzyw z przyprawami. Zeskakuję z blatu na podłogę, pędząc w stronę półek z talerzami. Tuż za mną podąża równie głodny Hiroshi z dwa razy większym talerzem, a raczej drugą patelnią. Ustawiamy się w kolejce do Yusuko, która z uśmiechem wydaje nam porcje, jak dla mnie o wiele za małe.


- Jak Hana i Reiko zaraz nie przyjdą możemy zjeść za nich? - pyta Hiroshi z nadzieją w głosie.


Jednak akurat w tym momencie przychodzą spóźnione dziewczyny. Siadamy razem przy stole, a z czasem zaczyna się schodzić coraz więcej oczekujących posiłku uczniów. Zdążyliśmy w samą porę, bo później pewnie trudno by nam było dostać się do kuchenki. Przysiadają się do nas dziewczyny z innej klasy wesoło rozmawiając o pokojach. Im więcej imion wymieniają tym mniej wszystkie ogarniam. Chou, Tamiko, Shizuki za dużo ich…


W końcu robi się tu tak tłoczno, że Reiko i Hiroshi kompletnie znikają mi z oczu. Znaczy Hiroshi jest pewnie tam gdzie kotłuje się największa grupka dziewczyn, próbująca z nim pogadać. Rzucam Hanie i Yusuko wymowne spojrzenie i wychodzimy z jadalni. Słyszę tylko za sobą krzyk Hiroshiego, zagłuszany rozmowami w pokoju.


- Do jutra dziewczyny!


Machamy mu na pożegnanie, rzucając pełne udawanego współczucia i rozbawienia spojrzenia.


- Reiko pewnie siedzi w pokoju, nie zbyt przepada za tłumami. To do zobaczenia jutro!


- Dobrej nocy! - rzucamy, wchodząc do pokoju.



Pokoju, który przypomina teraz pobojowisko. Mundurki, ciuchy i kosmetyki leżą teraz porozwalane, tak jak je wcześniej zostawiłyśmy.

- No to Hana, czeka nas sprzątanie.

poniedziałek, 8 września 2014

My Breath - Rozdzial II

MY BREATH

ROZDZIAŁ II

(ALLYSS) 


Jest tak ciemno, że nie potrafię dojrzeć nawet czubka własnego nosa, a tym bardziej tego co dzieje się przed nami. Staram przyzwyczaić oczy do mroku, lecz po chwili w miejscu gdzie stały nauczycielki ukazuje się jasna poświata. Biała kula bijąca niesamowitym światłem lewituje kilka centymetrów nad prawą ręką staruszki. Dmuchawy? Nie, ich włosy się nie poruszają. Sznurki? Nie, nie widzę żadnych linek uczepionych do tego… czegoś. Pewnie jakaś, bardziej skomplikowana sztuczka iluzjonistyczna, nie powiem robi wrażenie. Ale po co odstawiają nam taki teatrzyk na rozpoczęcie roku? Jakiś żart? Porobimy sobie bekę z pierwszaków?

Nagle kula światła rozdziela się na niezliczoną ilość dziwnych części, które wyglądają jak podłużne, białe wstążki z gracją wirujące w powietrzu. Powoli spadają ku ziemi co wydawałoby się kompletnie naturalne, gdyby nie to, że każda leci w innym kierunku. Jedna z nich znajduje się tak blisko mnie, że mogłabym ją dotknąć.

Przez sekundę zatrzymuję oddech. To nie jest żadna tasiemka, tylko maleńki, biały wąż, który w mgnieniu oka obwija moją szyję od obojczyka, aż po prawe ucho. Wzdrygam się gdy czuję chłodne łuski sunące po mojej skórze. Wpadam w panikę. Nienawidzę węży z całego serca. Co prawda, niektóre rzeczywiście są piękne, ale niech sobie będą piękne w tym swoim akwarium, z dala ode mnie. Jak najszybciej próbuję go z siebie ściągnąć, ale gdy tylko łapię się za kark zauważam, że… nic tam nie ma… Gorączkowo obmacuję swoją szyję i głowę, ale tam też nic.

Mogę przysiąc, że wtedy tam był! Przecież przed chwilą szybował w powietrzu, a potem obwijał mi się wokół szyi! Na pewno nie wpadł mi za sweter, ani nie wypełznął poza ławkę. Czy to była kolejna iluzja? Serce podpowiada mi, że ten wąż był zbyt realistyczny jak na złudzenie, lecz nie widzę innego wyjaśnienia.

Spoglądam na dziewczynę po mojej prawej stronie, by upewnić się, że tylko mnie to spotkało. Siedzi spokojnie, z niewzruszonym wyrazem twarzy. Chłodne, szmaragdowe oczy beznamiętnie, wpatrują się przed siebie kompletnie nie zwracając uwagi na resztę. Czy ona też doświadczyła tego… uczucia?

Dziewczyna odwraca się w moim kierunku z pytającym wyrazem twarzy. Zdaję sobie sprawę, jak nachalnie się jej przyglądałam. Spuszczam wzrok uśmiechając się przepraszająco.

- Wszystko w porządku?

- T-Tak, chyba tak.

Nic nie jest w porządku. Co się tu cholera dzieje?! I czemu wszyscy są tacy spokojni i opanowani? Może jednak tylko ja poczułam obecność węża?

Dziewczyna uśmiecha się serdecznie i odwraca z powrotem, wprawiając w ruch swoje krótkie, białe włosy. Spoglądam w tym samym kierunku co ona oczekując, że nam to wyjaśnią. Na podeście widzę jedynie zarys postaci, którą jest najpewniej tamta staruszka. Słyszę ciche pstryknięcie i kotary okien na powrót się rozsuwają, wpuszczając do świątyni upragnione przeze mnie światło słoneczne.


Na podeście stoi ta sama czwórka, co wcześniej. Przypatruję się twarzom uczniów, lecz większość z nich kompletnie nie przejęła się całą tą sytuacją, tak jak moja białowłosa koleżanka.

- Przed chwilą zostaliście naznaczeni przez patrona tej świątyni- mówi staruszka.- Została z was zdjęta blokada, ograniczająca wasze moce. Pewnie niektórzy z was są teraz w lekkim szoku, ale nie przejmujcie się, nic się wam nie stanie. Już niedługo zostaniecie obdarzeni nadnaturalnymi umiejętnościami, które odziedziczyliście po swoich dziadkach, którzy walczyli na wojnie jako nadludzie. Nie bójcie się, wszystko to jest kontrolowane i nikomu naprawdę nic nie grozi - jak miło słyszeć to z ust kobiety, która właśnie przed sekundą wypuściła na nas zmasowany atak latających węży… - Podczas nauki tutaj będziecie uczęszczać na specjalne treningi, które pomogą opanować wasze moce do perfekcji. Po ujawnieniu swoich mocy będziecie także uczęszczać na dodatkowe szkolenia. Oczywiście damy wam też czas wolny na zabawę i odpoczynek- nagle jej ton diametralnie zmienia się z miłego na chłodny i wręcz... groźny... - Pamiętajcie, że NIKOMU nie możecie powiedzieć o swoich mocach. Nikt z zewnątrz NIE MOŻE się o tym dowiedzieć! Jeśli jednak tak się stanie, osobę za to odpowiedzialną spotka zasłużona kara… - po tych słowach na jej twarzy na powrót pojawia się ciepły uśmiech. - Po zameldowaniu się w pokojach wyślemy wam wasze plany lekcji. Powodzenia w nauce!

Ta nagła huśtawka nastroju wydaje się troszkę niepokojąca. Jakby miała w sobie dwie natury miłej starszej pani i bezdusznego sadysty.

No cóż, mówią, że mają nam się objawić jakieś moce tak? Coś w stylu super bohaterów przemierzających kosmos w poszukiwaniu złych kosmitów? Nie, raczej banda ninja w obcisłych rajtuzach walcząca z potężnym potworem, który chce zawładnąć Ziemią. Z jednej strony, całkiem fajna sprawa, ale to przecież tak nieprawdopodobne, że mam ochotę roześmiać się z własnej głupoty. Zaczynam wariować?

Wychowawczyni każe nam wziąć swoje bagaże i wyjść przed budynek, gdzie liczy nas po raz kolejny tym razem dokładniej sprawdzając obecność. Pierwsze, co mnie w tej szkole powala to kompletne niezorganizowanie. Znając moje umiejętności orientacji w terenie i ponadprzeciętną zdolność gubienia się nawet w sklepie spożywczym, to ja w tej szkole zginę.

- Dzisiaj zostanie zaktualizowany plan lekcji - mówi pani Naratsuke wyjmując bransolety z kosza, którego wcześniej jakoś nie zauważyłam. - Jutro o 8.00 przyjdźcie do sali 48 na pierwszym piętrze, poznamy się i będziecie mogli zadawać pytania. Na razie, rozdam wam bransolety i będziecie mogli rozpakować się w swoich pokojach. Musicie dogadać się ze współlokatorem i podzielić się obowiązkami, gdyż nie przewidujemy żadnych przeprowadzek. Radzę na razie nie rozglądać się zbytnio po miasteczku, gdyż jest wielkie i łatwo można się tam zgubić, więc jutro dostaniecie też mapę całego kompleksu.

Po kolei czyta nazwiska i rozdaje nam małe, srebrne, eleganckie bransolety, na których widnieje wyskrobany numer pokoju. Na moim widnieje nr. 101 oraz napis ‘’Atheris’’. Pokoje są dwuosobowe, tak? Ciekawe, kim będzie mój współlokator. Mam nadzieję, że to ktoś w miarę normalny, przynajmniej jak na standardy tej szkoły…

Pani Naratsuke prowadzi nas wzdłuż torów tramwajowych, do ogrodzonego kolczastą siatką terenu. Dowiadujemy się, że istnieją trzy wyjścia ze Wężowego Osiedla, bo tak właśnie nazywa się teren akademików naszej szkoły. Jedno prowadzące do szkoły - jest otwarte tylko za dnia, gdyż wieczorem nie możemy wchodzić na teren szkoły; drugie - do miasteczka, otwarte cały czas; oraz trzecie- do lasu, jest cały czas zamknięte i nie wolno nam tam chodzić. Nazwy każdego z dziewięciu akademików pochodzą od jakiś świętych patronów, bóstw węży i tak dalej, oraz różnią się od siebie ułożeniem pokoi i dekoracją wnętrz. Oprócz tego, wokół nich znajduje się także dziedziniec i gabinet pielęgniarki.

Wychowawczyni żegna się z nami i odchodzi w stronę budynku szkoły, dając nam wolną rękę. Czyli teraz wypadałoby odnaleźć swój pokój. Przechodzę przez bramę i po raz drugi z zachwytem obserwuje Wężowe Osiedle. Dziewięć budynków, każdy o innej strukturze. Niektóre mają swoje ogródki, niektóre balkony, niektóre wyglądają jak wielkie, nowoczesne biurowce, a niektóre jak małe, tradycyjne chatki. Wszystkie jednak zapierają dech w piersi swoją oryginalnością i wyczuciem. Na środku mieści się plac z wielką fontanną, ławkami i drzewami wiśni, które wiosną będą przepięknie kwitnąć!

Gdy byłam mała, potrafiłam całe godziny przesiadywać w parku i oglądać jak jasnoróżowe płatki, delikatnie poruszają się na wietrze. Nigdy nie byłam zbyt kontaktowa i nie za bardzo lubiłam bawić się z innymi dziećmi. Siadałam więc pod moim drzewem, które sama sobie przywłaszczyłam i wsłuchiwałam się w śpiew ptaków. Często próbowałam śpiewać razem z nimi, lecz moje umiejętności wokalne nie były najlepsze, więc z czasem dałam sobie spokój i nauczyłam się słuchać ich nieskazitelnego, czystego głosu. Brat nazywał mnie dzieckiem wiśni, o co w dzieciństwie strasznie się wkurzałam. Wtedy ganiałam za nim po całym parku, próbując go złapać. No, ale trudno jest złapać starszego o cztery lata chłopaka! W końcu litował się nade mną i zatrzymywał. Brał mnie na ręce i zanosił z powrotem pod drzewo, gdzie razem słuchaliśmy nuconych przez ptaki melodii.

Uśmiecham się na myśl o tamtych chwilach. Ostatni raz byłam w parku chyba dwa lata temu, gdyż potem go zamknięto. Mam tylko nadzieję, że go nie zburzą. To jeden z nielicznych cudów, które udało się uchronić po wojnie. Tym bardziej, że coraz rzadziej można spotkać te piękne drzewa.

Po prawej stronie widzę grupkę uczniów z mojej klasy, którzy zdążyli się już ze sobą zapoznać. Chciałabym do nich podejść, ale większe grupy lekko mnie przerażają. Nigdy nie byłam specjalnie kontaktowa i nie przyzwyczaiłam się do towarzystwa więcej niż dwóch osób. Może kiedy indziej się przedstawię…

Zamaszystym krokiem rozpoczynam poszukiwania swojego akademika. Nad drzwiami wejściowymi wiszą tabliczki z pełnymi nazwami domów. Mijam Virgnię i kieruję się do dwupiętrowego budynku naprzeciw głównego placu, obok którego stoi drugi taki sam akademik tylko w odbiciu lustrzanym. Na tabliczce odczytuję dziwnie zapisaną nazwę ‘’Atheris’’. W sumie, całkiem ciekawie byłoby dowiedzieć się nieco więcej o całych tych wężach. No cóż, właśnie stoję przez swoim domem na najbliższe trzy lata. O ile mnie nie wyleją.

I o ile nie zwariuję.

Biorę dwa głębokie oddechy. Naciskam na klamkę drewnianych drzwi i zaglądam do środka.

- Niesamowite. - wyrywa mi się cicho.

Ściany przedpokoju są tak białe, jakby były zrobione z kości słoniowej. Sprawdzam to nawet dla upewnienia, bo naoglądałam się dzisiaj takich rzeczy, że nic mnie już chyba nie zaskoczy. Wypolerowana podłoga jest zrobiona z drewna o niesamowitym, miodowym odcieniu. Wydaje się tak czysta, że mogłabym normalnie z niej jeść. W rogach przedpokoju stoją donice z zielonymi drzewkami bonsai, a na ścianach wiszą podłużne obrazy, na których widnieją różnobarwne smoki. Na parterze znajdują się trzy pokoje oraz mała, ogólnodostępna kuchnia. Powoli włażę po kręconych schodach na pierwsze piętro, które jest zrobione w dokładnie takim schemacie co parter. Jednak nadal nie znajduje się tu pokój 101. Zrezygnowana wdrapuję się na ostatnie piętro. Czyli przyszło mi codziennie przemierzać te cholerne schody. Rany boskie, nie żebym nie lubiła ruchu, ale teraz szczerze żałuję, że zapakowałam aż siedem par butów.

No ale muszę w czymś chodzić! Mam po jednej parze sandałów, kapci, kozaków, klapek, butów treningowych i tenisówek. Nie licząc oczywiście kaloszy, które dostarczą mi rodzice. Nie są to jakieś nowe, wypasione ‘’firmówki’’, ale każdą parę darzę niesamowitym sentymentem. W szczególności moich, trochę za dużych kapci z pandą! Są przeurocze!

Zdyszana podchodzę do drzwi mojego pokoju i staram się rozpracować jak działa skaner. Całkiem przydatna rzecz, nie wiem co bym zrobiła z kluczami. Co rusz je gubię. Musiałabym je chyba mieć przyklejone do czoła, żeby za każdym razem nie spędzać w panice kolejnych dziesięciu minut szukając ich. Przykładam bransoletę pod czytnik, który zapala się na zielono i wchodzę do pomieszczenia.

Jest tu jeden, duży pokój, który robi za sypialnie, salon i kuchnie, która jest oddzielona od reszty wysepką. W ścianie po mojej prawej stronie widzę drzwi, które pewnie prowadzą do łazienki. Na rogach białych ścian, widnieją pojedyncze panele z tego samego, miodowego drewna, co podłoga i wykończenie całego budynku. Wszystko jest tak zaprojektowane jakby w miała tu mieszkać rodzina królewska. Chyba, że tylko ja nie przywykłam do takich luksusów jak własna łazienka w pokoju.

Wchodzę głębiej do pokoju starając się nie zacząć piszczeć z zachwytu. W takiej szkole to ja się mogę uczyć! Dwie wielkie szafy, dwa biurka, ogromne lustro, dwie przepiękne etażerki, dwa wielkie, zachęcająco wyglądające łóżka i…

- Hej!

I jedna współlokatorka. Daję słowo, gdyby nie odwróciła się gwałtownie to bym jej kompletnie nie zauważyła.

Dziewczyna podbiega do mnie z uśmiechem i dopiero teraz zauważam, że przecież to ta dziewczyna z świątyni, którą wtedy widziałam. Wydawała się naprawdę miła, martwiłam się, że trafię na jakąś nieprzyjemną osobę.

- Cześć, jestem Hanako Onohara, ale mów mi Hana. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. - dodaje szczerząc się jeszcze bardziej.

- Allyss Iwahara, miło mi. - uśmiecham się, pierwsze koty za płoty. - Chodzisz do 1c prawda?

- Tak. - dziewczyna kiwa głową. - Na drzwiach wisi regulamin korzystania z akademika, a w szafie jest twój mundurek.

Mundurek! Mam nadzieję, że nie będzie tak beznadziejny jak w gimnazjum. Dziewczyny musiały nosić białą niewygodną koszulę i zieloną, plisowaną spódnicę w kratę, w której czułam się jak worek po ziemniakach. Jednym słowem porażka. Tym bardziej, że chłopacy mieli tylko granatowe spodnie i marynarkę, której i tak nie nosili. Ale kiedy ja raz przyszłam bez tego cholernego mundurka to wylądowałam na dywaniku u wychowawczyni.

Z niecierpliwieniem otwieram piękną, jesionową szafę... Nie mam pojęcia czy to jest jesion, ale to fajnie brzmi.

Otwierając rzeźbione drzwiczki do moich nozdrzy dociera ostry, fabryczny zapach szlifowanego drewna. Na wieszakach wisi cały, wyprasowany już komplet, czyli: prosta, biała koszula, czarna spódniczka przed kolano, czarna marynarka i nawet czarne rurki na zimę. Na półce leżą też czarne podkolanówki i czarne baletki. Wszystko czarne! Mamy jakąś żałobę czy jak?

- Może się w nie przebierzemy? - słyszę za sobą głos Hany.

- Okej, to może ja pójdę pierwsza zobaczyć łazienkę.

Dziewczyna kiwa głową, otwierając swoją szafę i wyjmując z niej ciuchy. Ja także biorę ze sobą swój komplet i wchodzę do łazienki. Nie, łazienka to nie to słowo. To jest luksusowe, prywatne Spa rodem z pięciogwiazdkowego hotelu.

Mam wrażenie, że ten cały przepych mnie przygniata. Delikatnie muskam palcami poręcze przepięknej wanny, w której z pewnością aż żal się myć. Obok stoi prysznic z milionem przycisków, których z pewnością nie wykorzystam przez te trzy lata. Pewnie i tak znając życie połowę zepsuję. Na ścianie po lewej stronie wisi ogromne lustro, a nad nim rząd oświetlających je lampek. W blatach pod nim znajduje się zlew, malutka pralka, coś w rodzaju suszarki i mnóstwo szafek. Naprzeciwko drzwi stoi także trochę zakryty półścianką kibelek. Na półce nad nim znajduje się także mnóstwo środków czyszczących, odświeżaczy powietrza i nieskazitelnie białych ręczników. Jestem w raju.

Dobra, trzeba założyć mundurek. Wkładam koszulę w spódniczkę i marynarkę, które o dziwo leżą na mnie jak ulał. No może, marynarka jest trochę przyciasna, a koszula ździebko za długa, ale dawno nie miałam na sobie tak nowych rzeczy. W domu, zwykle dostawałam rzeczy po kuzynkach, które z nich wyrosły. Bardzo rzadko chodziłam do sklepu na prawdziwe zakupy, co nie zmienia faktu, że kocham łazić po galeriach. Samo patrzenie i przymierzanie sprawia przyjemność! Wciągam na nogi jeszcze tylko podkolanówki i wychodzę z łazienki.

Hana też się już przebrała i wyglądamy teraz prawie jak bliźniaki. Z jedną małą uwagą. No dobra, z kilkoma. Koszula dziewczyny wystaje na zewnątrz, podkolanówki są spuszczone maksymalnie w dół, a zamiast marynarki założyła czarną dresową bluzę. (dop. kor.: po prostu chcę być dresem, no ;w;)

Boże dopomóż.